Jesień 1943 r. była chłodna i mokra. Mieszkańcy Leżajska i okolic mieli jeszcze w świeżej pamięci zdarzenia i przeżycia z przeprowadzanych przez okupanta w maju i czerwcu pacyfikacji. Bardzo wiele polskich rodzin opłakiwało swoich najbliższych pomordowanych lub wywiezionych do obozów. Na miejscowym cmentarzu żółciły się jeszcze świeżą gliną usypane mogiły 38 ofiar pacyfikacji w dniu 29 maja 1943 r. Był to już piąty rok hitlerowskiej okupacji z całym repertuarem szykan i represji wobec narodu polskiego.
Pewnego październikowego dnia, w największej tajemnicy obiegła miasto wiadomość o tajemniczym uwolnieniu więźniów z aresztu posterunku żandarmerii niemieckiej, mającej siedzibę w budynku miejscowego sądu. Zatrzymanymi mieli być członkowie ruchu oporu. Uwalniającymi większy oddział partyzancki w mundurach niemieckich policjantów. Milczała tylko władza okupacyjna i zaprzeczała faktom.
Było to zdarzenie o wielkim aspekcie społeczno-moralnym. Przywracało wiarę społeczeństwa w dalsze istnienie i działalność organizacji wolnościowych, stwarzających stałe zagrożenie okupantowi i dające dowód, że brawura żołnierzy podziemia nie zna granic. Ofiarami pacyfikacji byli w większości członkowie AK.
Po kilku dniach znane były nazwiska dwóch uwolnionych. Nieznane pozostały nazwiska żołnierzy podziemia biorących, udział w akcji.
Dziś w różnych relacjach na ten temat nie wiele opowiadają starzy mieszkańcy. Młodym ten epizod z lat wojny i okupacji jest zupełnie nieznany.
W tym czasie, w celach Burggerichtsgefängnis (więzienie Sądu Grodzkiego) w dyspozycji Stűlzpunktu żandarmerii niemieckiej siedziało tylko kilkunastu zatrzymanych.
Wśród nich Jan Stelmachowicz ps. "Wilczur" członek AK. Aresztowany został na ulicy miasta po rozpoznaniu przez agenta Gestapo u niego teczki skórzanej. Teczka poprzednio była własnością jednego z konfidentów z Rudy Łańcuckiej, którego wcześniej zlikwidowano z wyroku władz Polski - Podziemnej. Aresztowany "Wilczur" korzystając z okazji, przez wypuszczanego z aresztu innego zatrzymanego, nieznanego nazwiska, miał powiadomić o swojej sytuacji "Franciszka" ze Sarzyny.
Los zatrzymanego Jana Stelmachowicza był przesądzony. Do przeprowadzenia śledztwa przyjechali znani już z okrucieństwa jarosławscy gestapowcy. Oczekiwali jeszcze na przybycie największych oprawców: Doppkego i Schmidta z racji planów rozpracowania grupy likwidacyjnej AK.
O zamiarach gestapowców poinformował Jana Stelmachowicza Stanisław Strycharz, klucznik aresztu, członek AK. „Franciszek” miał przekazać te informacje Stanisławowi Jazdowskiemu ps. „Ryś”- komendantowi grupy sabotażowo-dywersyjnej AK w obwodzie niżańskim.
Zapadła decyzja o natychmiastowym za wszelką cenę uwolnieniu zatrzymanego. W razie niemożliwości realizacji zamierzenia postanowiono dostarczyć mu truciznę. W rozpracowanym przez "Rysia" planie akcji odrzucono projekt uderzenia większą grupą bojową z uwagi na zlokalizowanie aresztu w wielokondygnacyjnym murowanym budynku łatwym do obrony. Załoga liczyła ca 3o żandarmów i policjantów oraz zawsze kilku gestapowców. Przyjęty plan akcji był prosty choć bardzo ryzykowny. Założono wykonać go w zaangażowaniu czterech żołnierzy podziemia przez wejście do wewnątrz budynku pod jakimkolwiek pozorem. Sterroryzować strażnika i uwolnić więźnia.
Następny dzień był dniem przyjmowania paczek dla więźniów, przeto akcję postanowiono wykonać niezwłocznie już na drugi dzień wykorzystując tę okoliczność.

Zgodnie z planem akcji, przed budynkiem sądu po drugiej stronie na chodnika, od strony miasta pozostał "Leszek" z zadaniem ubezpieczenia tj. zastrzelenia wartownika w przypadku usłyszenia wewnątrz budynku strzałów. Miało to umożliwić będącym w budynku kolegom ewentualne wycofanie się. "Borowik" pozostał przy bocznych drzwiach wejściowych na klatkę schodową wiodącą do aresztu, kwater żandarmerii i policji granatowej. Drzwi te dla wartownika chodzącego wzdłuż budynku były niewidoczne. Zadaniem "Borowika" było ubezpieczenie przed ewentualnym zablokowaniem tych drzwi przez przygodnego żandarma, który mógł się tam znaleźć w czasie ewentualnej strzelaniny. "Leszek" i "Borowik" utrzymywali stale kontakt wzrokowy.
"Ryś" i "Aleksander" weszli do budynku sądu i po schodach na pierwszą kondygnację. "Ryś" niósł wcześniej zakupiony w Rudniku chleb zawinięty w papier, jako paczkę dla więźnia. Na pierwszej kondygnacji, przy kracie zamykającej dostęp do aresztu spotkali klucznika więziennego Stanisława Strycharza, któremu "Ryś" oświadczył, że chce podać paczkę z chlebem dla zatrzymanego, wymieniając jakieś nazwisko. W tym momencie klucznik otworzył drzwi w kracie zamykającej korytarz z celami, wypuszczając więźnia z miotłą w ręku. Był to Bronisław Mendyk z Leżajska pełniący funkcję sprzątającego, zatrzymany za niedostarczenie „obowiązkowych dostaw- kontyngentu”.
Tego w założeniu przeprowadzanej akcji nie przewidzieli.
"Ryś" wręczając klucznikowi paczkę wstawił nogę między drzwi, wykluczając ich zamknięcie. Równocześnie z "Aleksandrem" wyjętymi pistoletami sterroryzowali klucznika, każąc prowadzić się do celi, w której przebywał Jan Stelmachowicz. Wystraszonemu i niedowierzającemu klucznikowi "Ryś" oświadczył, że cały budynek sądu jest otoczony partyzantami i tylko wykonanie poleceń może uratować mu życie. Pomijając posiadaną informację o przynależności organizacyjnej klucznika, po niedawnym, uwolnieniu więźniów w Żołyni, ta forma zastraszenia była bardzo skuteczna.
Tym sposobem znaleźli się w areszcie. Mieli klucznika z kluczami do cel, które znajdowały się tutaj jak i o piętro wyżej.
Naprzeciw bramy aresztu znajdowały się biura policji granatowej. W pewnej chwili, klucznik oświadczył, że poszukiwany więzień przebywa w celi na piętrze, obok kwater niemieckiej żandarmerii. "Ryś" nie wiedząc, że klucznik kłamie polecił „Aleksandrowi” udać się z klucznikiem na piętro po szukanego zatrzymanego, sam pozostając na podeście klatki schodowej.
"Aleksander" idąc z klucznikiem na piętro wziął do ręki krzesło, na którym poprzednio siedział klucznik, pozorując wykonywanie prac porządkowych. W połowie drogi, na schodach spotkali jakąś Niemkę idącą do pomieszczeń żandarmerii. Zapytała coś idących po niemiecku. "Aleksander" na migi odpowiedział, że nie zna języka niemieckiego i dała im spokój. Tuż przy bramie na piętrze spotkali żandarma i cywila rozmawiających po niemiecku. Klucznik zachowywał się spokojnie, przeto spotkani Niemcy nic do nich nie mówiąc, zeszli na dół. Spotkali później "Rysia" i "Borowika" i przechodząc obok nich wyszli z budynku.
Z otwieraniem bramy do aresztu na piętrze klucznikowi schodziło podejrzliwie długo. To wzbudziło w "Aleksandrze" podejrzenie, że klucznik może coś "kombinuje". W swej relacji "Aleksander" przyznaje nawet, że nie czuł się zbyt pewnie. W odległości dwóch kroków od drzwi dobiegały głosy przynajmniej kilkunastu Niemców. Był sam pozbawiony jakiejkolwiek łączności z pozostałymi członkami grupy.
Na korytarzu przy celach klucznik otworzył wpierw drzwi ostatniej bramy celi i powiedział:
- Ta cela jest pusta, ale niech pan sprawdzi.
Kiedy zrobił krok na próg celi wydawało mu się, że klucznik usiłował zatrzasnąć drzwi. Odruchowo cofnął się na korytarz i uderzył klucznika pistoletem w głowę, grożąc mu natychmiastowym zastrzeleniem. W tym momencie klucznik oświadczył, że poszukiwany więzień jest w celi na parterze. Zeszli ponownie na parter. Obok bramy do aresztu stał "Ryś" i uchylił ją. Klucznik od razu otworzył właściwą celę. Siedział w niej poszukiwany Jan Stelmachowicz "Wilczur" i jeszcze dwóch nieznanych zatrzymanych.
Na pytanie "Rysia" kim są i za co zostali zatrzymani, starszy, zatrzymany w mundurze kolejarza (Władysław Działo z Leżajska) oświadczył, że jest zatrzymany pod zarzutem sabotażu kolejowego, młodszy (NN), zatrzymany, że oskarżony jest o wytrucie koni na majątku rolnym. Oświadczyli, że grozi im śmierć z rąk gestapo, w wyniku czego "Ryś" kazał im wychodzić razem z nimi.
Równocześnie "Ryś" zamknął w opuszczonej celi bardzo zszokowanego klucznika razem z więźniem Bronisławem Mendykiem, którego spotkali przy bramie. W rozumowaniu przyjął, że zatrzymany, zatrudniony przy pracach porządkowych w areszcie był dla okupanta nieznacznym przestępcą i mógł liczyć na zwolnienie. Musiał być dla klucznika świadkiem, że uwolnienia dokonano siłą po jego sterroryzowaniu.
Uwolniony Jan Stelmachowicz został przez "Rysia" natychmiast uzbrojony w pistolet i opuścili areszt wychodząc przez nikogo nie zatrzymywani.
Pierwszy szedł "Ryś", potem młody więzień, potem "Kolejarz", potem Jan Stelmachowicz, z kolei "Borowik" a na końcu "Aleksander" - autor niniejszej relacji. Zaraz na ulicy na żądanie "Rysia" towarzysze więźnia, po którego zorganizowano akcję odłączyli się. Opuścił posterunek i poszedł za nimi stojący przed budynkiem "Leszek". Chodzący wzdłuż budynku sądu wartownik niczego nie zauważył. Na ulicy, zmieszani z przypadkowymi przechodniami oddalili się z terenu zagrożenia. Uwolnieni, każdy na własna rękę szukał schronienia. Grupa bojowa z zachowaniem środków ostrożności wycofała się w kierunku lasu w okolicę Klasztoru, który w tym przypadku mógł gwarantować najlepsze schronienie.
Po pewnym czasie może i celowo przedłużanym przez klucznika jego wołanie przez okno celi, w której był zamknięty, spowodowało alarm na posterunku żandarmerii. Kierunek pościgu, raczej przypadkowy był trafny, ale na tyle opóźniony że nieskuteczny. Grupa bojowa dotarła do lasu i ukryta za krzewami i drzewami widziała jadącą żandarmerię poszukującą zbiegów.
To zdarzenie było chyba decydującą okolicznością likwidacji leżajskiego aresztu. 8 stycznia 1944 r. przeniesiono wszystkich więźniów do Rzeszowa. Później zatrzymywani byli natychmiast wywożeni do więzienia gestapo w Jarosławiu.
Wściekłość Niemców nie miała granic. Skatowali klucznika Stanisława Strycharza i poturbowali nic nie winnego Prezesa Sądu Stanisława Poliwkę.
Klucznika uratowała przed śmiercią chyba skaleczona uderzeniem pistoletu głowa, zamroczenie i świadek zdarzenia Bronisław Mendyk i zapewne relacje Niemców, którzy widzieli obcych ludzi.
Wszystkich pozostałych więźniów wyprowadzono z cel na korytarz. Wiele godzin leżeli na betonowej posadzce. Bito ich, pozorowano zastrzelenie, wypytywano o wygląd "bandytów". Obiecywano zwolnienie i nagrodę za wskazanie śladów pozwalających na schwytanie uwolnionych.
Zegar na klasztornej wieży pozwolił na dokładne ustalenie czasu akcji, 1o.oo - 1o.35, zaś po powrocie do domu do Niska dowiedzieli się o masowej egzekucji Polaków w Rozwadowie. Stojący dziś na miejscu zbrodni pomnik z datą 19 października 1943 r. pozwolił na dokładne ustalenie czasu jednej z wielu brawurowych akcji wykonanych przez żołnierzy Armii Krajowej.
Uwolnienia więźniów dokonali żołnierze grupy sabotażowo-dywersyjnej AK obwodu niżańskiego pod dowództwem "Rysia" w składzie:
- Stanisław Jazdowski ps. "Ryś" - technik chemik, w okresie międzywojennym pracownik obecnych Zakładów Chemicznych w Nowej Sarzynie, oficer rezerwy.
- Edward Sitarz ps. "Leszek" - uczeń gimnazjalny z Niska.
- Ryszard Młynarski ps. "Aleksander" – zam. w Warszawie.
- Tadeusz Pacyna ps "Borowik" – zam. w Krakowie.
Uwolnieni:
- Jan Stelmachowicz ps. „Wilczur” - członek oddziału partyzanckiego "Ojca Jana" i "Wołyniaka".
- Władysław Działo ps. „Dziad” - członek AK, pracownik PKP, mieszkał w Leżajsku.
- NN - nieznany z nazwiska i miejsca pobytu
Spotkanie po latach.
Na fotografii: Od lewej: Juliusz Ulas Urbański, Stanisław Działo, Władysław działo ps Dziad, Ryszard Młynarski ps Aleksander, Janina Chamiec- córka Władysława.
Siedząc "pod celą" z "Wilczurem tenże dawał mu do zrozumienia, że spodziewa się odbicia, w co w zasadzie obaj nie wierzyli. Samo uwolnienie trwało kilka minut. Po wyjściu z budynku więzienia nie pamięta jak się rozstali. Szedł szybko do domu przez tory kolejowe najkrótszą drogą. Wiedział że jest spalony i zmuszony do ukrywania się. Chciał zobaczyć tylko rodzinę.
Kilkanaście razy jego dom o późnych porach dnia i nocy nachodzili granatowi policjanci z komendantem "Kripo" Wołosem, zapewniając solennie, że włos z głowy mu nie spadanie, ale chcą się tylko dowiedzieć kto to zrobił. Ukrywał się na własnym obejściu w przygotowanych kryjówkach.
Chcąc mieć kontakt z maleńką córką, pozostać nierozpoznanym i pomagać żonie w gospodarstwie najczęściej przebierał się za niewiastę i nazywany był przez własną córkę "Babą Jagą".
Janina Chamiec, córka Władysława Działy wspominała:
- Byłam chyba jedynym dzieckiem, które nie bało się "Baby Jagi". Bardzo ją, nawet lubiłam, a nawet kochałam. "Baba Jaga" robiła mi zabawki, trzymała i huśtała na kolanach, całowała i była dla mnie bardzo dobra. Stale kojarzyłam ją jednak z ojcem, albowiem w tym samym miejscu na twarzy co on, miała bliznę.
Po spotkaniu autora z uczestnikami zdarzenia w 1983 r. artykuł też po tytułem "Brawurowa Akcja" drukował miesięcznik społeczno-kulturalny w Rzeszowie " Profile " nr 10/171/83.
Władysław Działo do spotkania bardzo niechętnie rozmawiał na ten temat nawet z najbliższymi. Na spotkaniu był otwarty. Pięć miesięcy wcześniej przeżył pacyfikację tylko dzięki brakom kontaktów w działalności organizacji z Walerianem Mirkiem, który okazał się konfidentem gestapo.
Siedząc "pod celą" z "Wilczurem tenże dawał mu do zrozumienia, że spodziewa się odbicia, w co w zasadzie obaj nie wierzyli. Samo uwolnienie trwało kilka minut. Po wyjściu z budynku więzienia nie pamięta jak się rozstali. Szedł szybko do domu przez tory kolejowe najkrótszą drogą. Wiedział że jest spalony i zmuszony do ukrywania się. Chciał zobaczyć tylko rodzinę.
Kilkanaście razy jego dom o późnych porach dnia i nocy nachodzili granatowi policjanci z komendantem "Kripo" Wołosem, zapewniając solennie, że włos z głowy mu nie spadanie, ale chcą się tylko dowiedzieć kto to zrobił. Ukrywał się na własnym obejściu w przygotowanych kryjówkach.
Chcąc mieć kontakt z maleńką córką, pozostać nierozpoznanym i pomagać żonie w gospodarstwie najczęściej przebierał się za niewiastę i nazywany był przez własną córkę "Babą Jagą".
Janina Chamiec, córka Władysława Działy wspominała:
- Byłam chyba jedynym dzieckiem, które nie bało się "Baby Jagi". Bardzo ją, nawet lubiłam, a nawet kochałam. "Baba Jaga" robiła mi zabawki, trzymała i huśtała na kolanach, całowała i była dla mnie bardzo dobra. Stale kojarzyłam ją jednak z ojcem, albowiem w tym samym miejscu na twarzy co on, miała bliznę.
Po spotkaniu autora z uczestnikami zdarzenia w 1983 r. artykuł też po tytułem "Brawurowa Akcja" drukował miesięcznik społeczno-kulturalny w Rzeszowie " Profile " nr 10/171/83.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz