czwartek, 28 maja 2020

Też Historia

Drogi Czytelniku
Zapewne Tobie będzie miło, a mnie w szczególności, że nie musisz tego czytać, a ja nie musiałem pisać bzdur i wyrażać wdzięczności różnym ważnym osobom czy władzy. Najczęściej wydawcy dziękują i są komuś dozgonnie zobowiązani za to, że dał swe przyzwolenie na pokrycie kosztów ich edycji, zawsze za pieniądze z naszych podatków. Jak może być inaczej. Dzięki tylko takim zabiegom "co nie bądź" różnych Autorów ujrzało światło dzienne.
Jest to moje skromne, prywatne wydanie, za moje skromne emeryckie finansowe możliwości. Za wyjątkiem braku gotówki nie przeszkadzały mi w edycji żadne dąsy niezadowolonych z treści i niechęć władzy czerwonej, białej, czarnej i nijakiej.
W zasadzie piszę dla siebie, w tym przypadku też dla Przyjaciół i Znajomych. Będzie dla mnie wielką satysfakcją kiedy zechce przeczytać je jeszcze ktoś, kto odczuje taką potrzebę. Niniejsze wydanie powstało dzięki namowom mego Przyjaciela Kazimierza Kuźniara ze słusznym uzasadnieniem:
"Kto jeszcze pamięta i zna ciekawe zdarzenia leżajskiego środowiska z udziałem już zapomnianych mieszkańców? Uczestniczyli oni w różny sposób w życiu miasta, swoim istnieniem pisząc jego historię".
W treści zamieszczonych esejów proszę nie doszukiwać się jakichkolwiek moich animozji do wydarzeń lub ludzi. Oceniłem je jako warte przypomnienia. Może znajdzie się jeszcze "ktoś" kto pokusi się na opisanie innych ciekawych wydarzeń. Interesujących tematów jest wiele. Wystarczy sprowokować ludzi do mówienia i opowiedzenia o tym co zapamiętali bardziej szczegółowo. To też "mała" historia miasta, ta najbliższa mieszkańcom.
Bardzo pomocny okazał się rodowód mojej rodziny od stuleci związanej z miastem. Wiele ciekawych rzeczy dowiadywałem się z korespondencji i rozmów na różne tematy z przedstawicielami najstarszego pokolenia Panów: Wincentego Banasia, Kazimierza Gduli, Czesława Dudzińskiego, Karola Kwiecińskiego, Wincentego Ordyczyńskiego, Józefa Piotrowskiego, Ojca - Władysława Urbańskiego i Zygmunta Węglarza. Oni też są współautorami tych esejów.
Może ktoś z Czytelników z nutką przykrości przeczyta o swoich bliskich. Moją intencją było uchronić od zapomnienia pamięć o różnych zdarzeniach z udziałem mieszkańców. Jeśli komuś trochę głupio to pretensje może mieć tylko do swoich przodków, że nie myśleli o przyszłości i nie zadbali o dobre imię. Mnie w obowiązku pozostało napisanie tylko prawdy.

Filantrop czy dziwak
W brzozowej części leżajskiego cmentarza, tak umownie zwanego z racji rosnących brzóz, warto odszukać zapomniane już przez wszystkich miejsce wiecznego spoczynku - Antoniego Lukszandla. Spoczywa tam człowiek, który cały swój majątek przeznaczył na cele dobroczynne jak: Szpital Ubogich, Ochronkę i kształcenie obcych sobie młodych ludzi.
Kilkanaście kroków od bramy, po lewej stronie alei, w czwartym pseudorzędzie grobów znajdują się pozostałości zapewne kiedyś okazałego grobowca. Pomnik z piaskowca, a na nim napis: Antoni Lukszandel 1824 - 1911 - em. poborca podatkowy. Z całą bezwzględnością czas i ludzie uczynili wszystko aby zatrzeć pamięć o człowieku. O człowieku, który z racji swojego postępowania i podjętej decyzji, dla jednych może być filantropem, dla drugich zwyczajnym dziwakiem. Dawnymi czasy, w ostatniej woli, wielu mieszczan ofiarowywało pieniądze i majątki na różne cele społeczne. Na owe czasy w biednym mieście, w bardzo trudnej sytuacji materialnej była młodzież pragnąca zdobywać wiedzę i kształcić się na wyższych uczelniach. To chyba było przyczyną, że bogaty mieszczanin, właściciel wielu realności i dużych obszarów ziemi, postanowił pomóc materialnie potrzebującym. Sprzedał swój majątek, a z części uzyskanej kwoty ustanowił fundację stypendialną dla "kształcącej się aryjskiej młodzieży mieszczańskiej". Stypendium przyznawała Rada Miasta, na podstawie starań zainteresowanych, po spełnieniu zastrzeżonych kryteriów. Jedno stypendium rocznie, wyłącznie aryjczykom, biednej, polskiej młodzieży mieszczańskiej, na dwóch ostatnich latach studiów, po pozytywnej ocenie nauki przez władze uczelni. Wśród prawdopodobnych stypendystów, tylko jeden przyznał się do jej pobierania. Oświadczył on też, że każdego roku kilka razy odwiedzał grób Antoniego Lukszandla. W Święto Zmarłych zapalał tradycyjną świeczkę ze "Zdrowaśką". Spotykał tam też Pana Kazimierza Przybylskiego. Reszta stypendystów brała stypendia dyskretnie bojąc się plotek i skojarzenia potrzebnego "świadectwa ubóstwa" z dostatkiem w rodzinie.
W zachowanym dokumencie można przeczytać: "Pan Kazimierz Gdula - student IV roku Wydziału Prawnego Uniwersytetu J. K. we Lwowie. Nadaję Panu na rok szkolny 1933/34 stypendium z fundacji im. Antoniego Lukszandla w rocznej kwocie 300 złotych ze zgłoszeniem się najpóźniej do końca br. z poświadczeniem Dziekana Wydziału Prawnego J.K. we Lwowie, że zasługuje Pan na wypłatę stypendium i po złożeniu znaczka stemplowego za 25 groszy i świadectwa ubóstwa".
Pan Antoni Lukszandel uszanował i wykonał ostatnią wolę swojej zmarłej żony Marianny (+ 1899) - leżajskiej poczmistrzyni. Kazał pochować ją na cmentarzu tuż obok swojej realności. Grobowiec w części znajdował się na prywatnej posesji.
Jak opowiadał Pan Kazimierz, stypendium w kwocie 300 złotych było bardzo poważną pomocą w życiu studenta. Wystarczyło na zakup skryptów, zeszytów, skromnej odzieży i butów. Każdorazowo, pewna sumka przeznaczona była także na "skromniutką" bibkę. W końcu, była to równowartość trzech stukilogramowych świnek lub dwóch średnich miesięcznych urzędowych poborów.
1987
***
Protekcja
Do domu rodzinnego, ze Lwowa powrócił Pan Kazimierz Gdula, po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Wiedział, że będzie miał trudności ze znalezieniem urzędowej posady. Tymczasem snuł plany na przyszłość. Pewnego dnia, wieczorem wyszedł na spacer. Przeszkodził mu w tym deszcz. Nie mając parasola, schronił się przed deszczem pod gałęziami olbrzymiego kasztana, których wiele rosło wzdłuż całej ulicy Mickiewicza. Takie samo schronienie, znalazł nieznany mu, elegancko ubrany pan. Widocznie "korporatka", na głowie Pana Kazimierza zainteresowała nieznajomego i rozpoczął z nim rozmowę. "Cieszę się, że spotkałem przedstawiciela miejscowej inteligencji. Może coś ciekawego dowiem się o tym mieście?"
Zdarzenie miało miejsce przed zamkiem starościńskim naprzeciwko domu Bauerów. Równocześnie w pobliżu miejski "lampiarz" zapalił jedną z ulicznych lamp gazowych, którymi oświetlano miasto. W jej świetle można było przeczytać nazwę sąsiedniej ulicy. Nieznajomy jakby trochę zdziwiony głośno przeczytał: ulica mjr Tadeusza Wyrwy Furgalskiego. Poprosił Pana Kazimierza o opowiedzenie czegoś na temat jej patrona. Opowiadanie Pana Kazimierza było długie i szczegółowe w detalach, aż nieznajomy ze wzruszeniem mu podziękował. Na pożegnanie, serdecznym uściskiem dłoni zaproponował - "w przypadku prawdziwych trudności w znalezie¬niu pracy spróbuję Panu może coś pomóc". Dopiero w domu Pan Kazimierz obejrzał wręczony mu przez nieznajomego bilet wizytowy. Bilet był zupełnie nietypowy. Nie było na nim żadnego nazwiska, jedynie miejscowość - Warszawa i dwa numery telefonu. Obok jednego informacja: "pilne sprawy służbowe". Długo poszukiwał Kazimierz pracy, były tylko obiecanki. Postanowił wykorzystać oferowaną pomoc. Mimo kilkakrotnych prób i różnych zabiegów telefonistki Pani Michaliny Dziadeckiej - stołeczny numer nie odpowiadał. Nie ocenił swojej sprawy za ważną i nie skorzystał z zastrzeżonego numeru. Trochę tym speszony, postanowił pojechać do Warszawy. Z publicznego telefonu obok dworca kolejowego zadzwonił pod podany numer. Treść rozmowy była nietypowa i zaskoczyła Pana Kazimierza. "Kto dzwoni, skąd?" - "mgr Kazimierz Gdula z Leżajska, ale z telefonu z budki obok warszawskiego dworca". "Proszę chwilę zaczekać". W słuchawce usłyszał głos nieznajomego ze spotkania pod leżajskim kasztanem. "Witam, witam w Warszawie. Jak pana rozpozna mój szofer? Wyjedzie po pana na dworzec. Oczekuję pana". "Mam na głowie czapkę "korporatkę" a w ręce gazetę "Wróble na dachu"" - odpowiedział Pan Kazimierz. "Do zobaczenia, proszę zaczekać kilka minut pod budką telefoniczną". Rzeczywiście, po chwili, do zupełnie zaskoczonego Pana Kazimierza, podszedł oficer i oświadczył - "jestem do pana dyspozycji, Pan pułkownik czeka na pana". Całkowicie zbaraniał Pan Kazimierz, ale wsiedli do wskazanego samochodu. Po krótkiej jeździe zatrzymali się i weszli do olbrzymiego gmaszyska. Stojący w "westybulu" wartownik tylko zasalutował. Długi korytarz z drzwiami po obu stronach. Na jednych drzwiach - wizytówka: "płk Teodor Pandor Furgalski" - wyjaśniła wszelkie niejasności. Był to brat Tadeusza o którym tak wiele opowiadał nieznajomemu Pan Kazimierz. Serdeczne powitanie. Później tylko krótka rozmowa o spra¬wach bardziej osobistych. Na zakończenie rozmowy tylko - "proszę zaczekać parę dni, budujemy COP, coś na pewno się znajdzie". Po takim zapewnieniu Pan Kazimierz postanowił odwiedzić swoich znajomych, pracujących w Warszawie - leżajskich murarzy. Zeszło mu parę dni, wszyscy znajomi godnie przyjmowali swojego krajana.
Po powrocie do domu matka przywitała go reprymendą i ze strachem - "Kaziu, co się stało? W pilnej sprawie służbowej przysyłał po ciebie naczelnik poczty Pan Kazimierz Doening, a dziś rano był strażnik miejski Pan Michał Nabrzeźny". Jeszcze tego samego dnia wszystko wyjaśnił naczelnik poczty. Pan Kazimierz proszony był o zgłoszenie w Wydziale Osobowym Dyrekcji Poczty we Lwowie. Pojechał tam nazajutrz za pożyczone pieniądze. Rodzina Pana Kazimierza była naprawdę biedna. Miło w dyrekcji powitał go jakiś wysoki rangą urzędnik. Poprosił o odręczne napisanie podania o pracę i życiorysu. Odwrotnie wręczył zupełnie zaskoczonemu Panu Kazimierzowi nominację na Kierownika Urzędu Pocztowego w Rudzie Łańcuckej. Radości w całej rodzinie Gdulów nie było końca. Mama Kazimierza zaniosła dwa złote "na ofiarę". On wszystko przypisywał protekcji za sprawą "korporatki" i oboje mieli rację.
W okresie Peerelu przypomniano Panu Kazimierzowi "protekcję" Furgalskiego. Musiał "pożegnać" stołek Przewodniczącego PRN w Lubaczowie i żyć na swoim, "na adwokackim chlebie"
1992
***

Prezydent
W lipcu 1929 roku Leżajsk znalazł się na trasie wojewódzkiej wizytacyjnej podróży ówczesnego Prezydenta prof. Ignacego Mościckiego. Piękna, letnia, słoneczna pogoda sprzyjała krótkim, okolicznościowym odwiedzinowym uroczystościom. Takiego zaszczytu doznało i nasze miasto. Spotkanie z dostojnym gościem odbyło się na Rynku,dokładnie obok miejskiej studni, dziś punktu czerpania wody. Miejsce nie było przypadkowe. Tylko tutaj niewielki placyk wyłożony był kamieniami "otoczakami". Wokół "poleskie błoto" rozjeżdżone kołami chłopskich furmanek. Latem wysuszone słońcem cuchnęło końską uryną. W tle żydowskie kramy zamknięte w czasie wizyty. Ogólny widok był bardzo ciekawy. W otwartych oknach wszystkich domów, głowa przy głowie zebrali się ciekawscy starozakonni. Chyba nieznany reżyser dobrał tak charakterystyczne postacie z brodami, pejsami, w kapeluszach z otoczkiem futerek z tchórza.
Niewielki placyk otoczony okółkiem ciekawskich. W środku Pan Prezydent ze swoją świtą i przedstawiciele miasta. Kurtuazyjna wymiana zdań z tradycyjnym "witamy na leżajskiej ziemi", ale bez bochna chleba, ludowej kapeli i przebierańców - Krakowiaków. Na zachowanej fotografii można zauważyć tylko galę mundurów, czerń garniturów, białych koszul i rękawiczek. Dwie małe dziewczynki wśród nich Marysia Poliwkówna, pod kuratelą nauczycielki i cioci Marii Szabo oraz siostry zakonnej powitała wierszykiem Gościa. Nie było kwiatów, ani modnego dzisiaj całowania i głaskania dzieci po głowach. W ramach dalszych uroczystości, przewidziano odwiedziny Klasztoru. Nie witał, ale tylko wyszedł do przybyłych ks. Gwardian. Odsłonięte cudowny obraz leżajskiej Matki Bożej. Oglądano sakralne zabytki kultury. Na zakończenie miano wysłuchać słynnych organów. To najpiękniejsze i największe w kraju informował ks. Gwardian. Po kilku chwilach organowej muzyki, Pan Prezydent spytał stojącego obok oficera - "Jeśli się nie mylę pułkowniku gra tylko część organów?" "Chyba tak" - odparł oficer. Niezadowolenie i oburzenie Prezydenta dostrzegł towarzyszący świcie starosta i podszedł do ks. Gwardiana chcąc załagodzić zaistniałą sytuację. Goście niezadowoleni kierowali się ku wyjściu. "Tego się nie spodziewałem"- powiedział do adiutanta Prezydent. Ponoć w kadencji była jeszcze raz okazja do odwiedzenia Leżajska. Pamiętając nietakt jaki spotkał Go w tym mieście, polecił zmienić trasę przejazdu.
1987
***
Sikorski
Uroczystości upamiętniające pobyt gen. Władysława Sikorskiego w Leżajsku, były przyczyną i początkiem sporów o wybór miejsca na okolicznościową tablicę i domów w których ostatecznie zamieszkiwał. Najpewniejsi byli ci, którzy w uzasadnieniu przytaczali dane z informatora turystycznego J. Depowskiego - "Leżajsk i okolice". Przy alei klasztornej w domu nr 12 mieszkał przed I wojną światową Władysław Sikorski. Pozostali powoływali się na mało znane i nie¬sprawdzone relacje świadków, które praktycznie pokrywały się w treści. W przypadkowych dyskusjach wszyscy chcieli mieć rację. Ciekawostki z życia znanych, wielkich ludzi zawsze chętnie wspominano, szczególnie kiedy osobę uważano za swoją lub bliską. Fragment listu Pana Stanisława Szczęka, wnuka Magdaleny Szczęk nie wymaga komentarza: "Władysław Sikorski był starszym kolegą mojego ojca Władysława Szczęka ze studiów na Politechnice Lwowskiej. Spotkawszy się we Lwowie, gdzieś w kawiarni, Sikorski zwrócił się do mego ojca: wy panie kolego jesteście z Leżajska. Czy moglibyście mnie zorientować gdzieby tak w Leżajsku usytuować się na dłuższy okres czasu. Wtedy mój ojciec powiada: zapraszam pana do nas. Mamy obszerny dom w wygodnym punkcie koło stacji i spokojny pokój do pracy. Moja mama stworzy panu doskonałe warunki. I tak Sikorski zamieszkał w hotelu Magdaleny Szczęk - matki Władysława. Dzień jego wypełniony był skupioną pracą. Po powrocie z terenu do nocy uczył się forsownie języków. Spacerował po pokoju i głośno recytował teksty. Potem podpatrzono go, że przygotowywał sobie mowy. Do kogo i w jakiej sprawie i treści nie ustalono. Wygłaszał je stojąc przed lustrem, wielokrotnie powtarzając i korygując mimikę i gestykulację. Jednym słowem przygotowywał się do roli działacza politycznego w wielkim stylu. Do konfliktu z babką doszło jak spostrzegła, że listy które pisał atramentem zamiast suszyć bibułą odbijał na obrusie. Poplamił w ten sposób obrus niewiarygodnie. Babka - kobieta krewka, wpadła w szewską pasję i wypowiedziała mu mieszkanie. Od tego czasu rozpłynęły się jego stosunki z moim ojcem, prawdopodobnie unikali się wzajemnie bo obu było jakoś niezręcznie".
Późniejszy generał Władysław Sikorski przebywał w Leżajsku od kwietnia do listopada 1909 roku. Mieszkał około miesiąca u Szczęków, później u Eustachiewiczów korzystając z kuchni u Niezgodów z rodzinami Hollendrów i Dobruckich. Po wyjeździe odwiedzał swoich przyjaciół. W czasie takiego pobytu w dniu 15 listopada 1910 roku na obywatelskim wiecu przed kasynem (nie istniejący budynek na placu Jaszowskiego), z okazji bitwy pod Grunwaldem wygłosił przemówienie, które część społeczeństwa przyjęła z mieszanymi uczuciami z racji dopatrywania się w nim haseł i treści w tym czasie niepopularnych.
"Almanach Leżajski" nr 4 z 1984 r.
***
Egzekutor
Mecenas, dr Wiktor Grychowski prowadził w mieście kancelarię adwokacką. Mieszkał w byłym pałacu Wojciecha Miera - poety, tłumacza i targowiczanina - na ul. Sandomierskiej. Tu u niego jako krewni, sieroty mieszkali bracia Furgalscy.
Major Tadeusz Wyrwa Furgalski poległ 16.07.1916 roku pod Polską Górą na Wołyniu. Austriackie władze zaborowe zezwoliły radzie miasta aby część ulicy Sandomierskiej nazwać imieniem poległego majora. Uzasadnienie było proste. Poległ w walce z bolszewikami i na tej ulicy krótko mieszkał. Uroczystość z pochodem przez miasto odbyła się wiosną 1918 roku.
Pan mecenas Wiktor Grychowski "szanując" swój drogi czas, nigdy w terminie nie płacił należnych podatków. Zawsze czekał na egzekutora sądowego, który przynosił nakaz płatniczy. Musiał to czynić w służbowym, galowym, zielonym uniformie. Był to ponoć cały ceremoniał załatwiania sprawy. Egzekutor przepraszał pana mecenasa, że musi wypełnić przykrą misję i wręczał nakaz. Pan Grychowski sadzał egzekutora na skórzanym fotelu przy pięknie rzeźbionym stoliku. Zawsze częstował kawą i kieliszkiem wina lub koniaku. Odliczając należną kwotę wręczał ją egzekutorowi, dziękując za fatygę osobie urzędowej. Przy obopólnych ukłonach i teatralnie maskowanych humorach egzekutor opuszczał dom mecenasa, znowu do następnego przybycia za kilka miesięcy. Jako ciekawostka zachował się "dowód doręczenia przez sługę sądowego c.k. Sądu w Leżajsku dla Pana doktora Grychowskiego - adwokata, przeznaczonego do przeprowadzenia egzekucji c.k. Sądu z dnia 18.02.1909 r. liczba czynności 6319/9".
Kto dziś przechowuje takie dokumenty? Ten szczegółowej uwagi zachował się w jednym z mieszczańskich domów. Na odwrocie nakazu ręka Pani Grychowskiej zapisała wspaniałe, kulinarne przepisy na "ptysie" i "tort kakaowy" godne wystawnego stołu i prawdziwego smakosza.
1987
***
Leżajskie kroniki
Wiele sprzecznych informacji o losach "Kroniki miasta Leżajska", zachęcało do rozwiązania tej zagadki. W konfrontacji zebranych dokumentów powstały dwie wersje. Bardzo różniły się między sobą. Kto ma rację? Była ponoć jeszcze w magistracie po roku 1944. Nikt praktycznie nie znał jej treści ani wyglądu. Mówiono na ten temat wiele, każdy zastrzegał sobie anonimowość.
Pewnego dnia dostałem jeden z listów od Pana Wincentego Ordyczyńskiego. Była to korespondencja bardzo ciekawa, z racji poruszania w niej wielu tematów dotyczących starych dziejów naszego miasta. Oto jego fragment:
"Już dawno wyłączyłem się od spraw leżajskich i tylko gdzieś w sennych marzeniach pozostały wspomnienia młodości. Powiem Panu jednak, że jest to temat ogromny, gdyż wbrew pozorom historia Leżajska jest niezmiernie bogata i ciekawa. Otóż, kiedyś w magistarcie, było bogate archiwum akt dawnych, które później częściowo znalazły się w rękach prywatnych. Doszło do mojej wiadomości, że część z nich znalazła się w rękach Pana Józefa Depowskiego. Coś tam próbował pisać. Jako młodzieniec, byłem świadkiem złożenia w magistracie, do archiwum, przez dr Tadeusza Trynieckiego z Grodziska, pewnych akt, które kazał tam przekazać chyba jego stryjeczny dziad, powstaniec zamieszkały i zmarły w latach dwudziestych we Lwowie. Była tam między innymi, historia Leżajska, w języku łacińskim, napisana przez jakiegoś księdza. Tłumaczyliśmy ją z kolegami z pasją i do dzisiaj pamiętam jej początek. "Okolice te zasiedliło celtyckie plemię Lędzian, po śmierci Karola Wielkiego. Lud pobożny, przywiązany do wiary ojców, jednak zabobonny, skłonny do grabieży i rozpusty". Widzi Pan jakich mieliśmy przodków.
Przypadkowo, w wojewódzkim Archiwum Państwowym w Przemyślu odnalazłem dwa dokumenty. Pozwoliły jednoznacznie stwierdzić kto i w jaki sposób wszedł w posiadanie leżajskiej kroniki.
"Dyrekcja Państwowego Gimnazjum im. Ks Piotra Skargi w Rohatynie. Rohatyn, dnia 28 kwietnia 1938 r. No.B-IV/38. Dyrekcja Państwowego Gimnazjum w Rohatynie uprzejmie prosi o wypożyczenie dzieła "Kronika miasta Leżajska" dla Pana prof. Józefa Depowskiego nauczyciela tut. Zakładu, który opracowuje monografię miasta Leżajska". Zał. Rewers.
Kronika miasta Leżajska, nigdy nie powróciła do Urzędu Miasta. Potwierdzeniem tego było pewne zdarzenie, z udziałem uczniów przed-maturalnej klasy II A miejscowego liceum. W roku 1947, z okazji imienin, uczniowie ofiarowali Panu Józefowi Depowskiemu, piękne wydanie "Powstanie Listopadowe". W swej edycji miało szare papierowe okładki. Z tego powodu, zostało oprawione w płótno przez ucznia tej klasy Władysława Szwaję. W rewanżu, jedna z najbliższych lekcji odbyła się na zupełnym "luzie". Była bardzo ciekawa. Pan Depowski czytał swoje fraszki, opowiadał o literackich znajomościach - Janie Wiktorze i cudownym uratowaniu od wojennych zniszczeń i posiadaniu źródłowych materiałów a wśród nich "Kroniki miasta Leżajska". Opowiadał, że aktualnie wykorzystuje ją przy pisaniu monografii miasta. Ta monografia jako przewodnik turystyczny "Leżajsk i okolice" ukazała się w roku 1959.
Ku memu następnemu zaskoczeniu, zaproponowano mi "udostępnienie" Kroniki Leżajska. Wypożyczona kronika - zeszyt - nie była tą której poszukiwałem. "Prastare są dzieje ziemi leżajskiej.
Do połowy XVI stulecia był Leżajsk miejscowością nieznaną i małą".
W dalszym ciągu wiele banałów. Treść jej pozwoliła na rozwiązanie zagadki.
Tę drugą "Kronikę - Monografię" w objętości 55 stron zeszytu napisał własnoręcznie w roku 1940 Pan Antoni Terlecki, prawdopodobnie na czyjeś zamówienie. Kogo? W jakim celu? Zawiera sugestywne informacje i wiele błędnych danych. Kończy się opisem rządów okupacyjnego burmistrza Jana Nellsa. Jako przestępca wojenny został stracony na rzeszowskim zamku.
Przecież w niczym nie mogła zastąpić tej autentycznej. Wybrany tytuł przez autora "Monografia miasta Leżajska" mógł zmylić czytelników. Tę właśnie monografię widziano po wojnie w leżajskim magistracie. Znowu została wypożyczona, bez rewersu, przez ówczesnego Przewodniczącego celem wykorzystania do pracy magisterskiej Panu X. Posiadając pewne dokumenty w finale zdecydowałem się na korespondencję. Po śmierci Pana Józefa Depowskiego dowiedziałem się, że dysponentem tej części masy spadkowej został syn Pana Józefa, Pan prof. Stanisław Depowski. Do niego skierowałem list o następującej treści: "Szanowny Panie - Są zdarzenia i sprawy, które pozostają w ludzkiej pamięci na zawsze. Pomimo upływu lat odmładzają się wspomnieniami i dorastają do problemów. Przykro kiedy w majestacie tytułów ginie ludzka uczciwość, nieobca szaraczkom i maleńkim. Wkrótce minie dwa lata (23.12.1987) jak zwróciłem się do Pana z prośbą o zajęcie stanowiska w bardzo dla mieszkańców Leżajska ważnej sprawie. Chodzi o dalsze losy dóbr kultury miasta Leżajska, które Pana Ojciec Pan Józef Depowski miał czasowo w swym posiadaniu i które należała zwrócić prawowitym właścicielom. W ostatecznym finale załatwienia sprawy, proponuję, przekazanie ich Zarządowi Towarzystwa Miłośników Ziemi Leżajskiej w Leżajsku do dnia 29 lutego 1988 roku. Po tym terminie, pozwolę sobie na podanie do publicznej wiadomości informacji z tym związanych łącznie z treścią przesłanych pod Pana adresem listów.
Wbrew może Pana oczekiwaniom i przewidywaniom sprawa w całym zakresie jest na miarę skandalu. Spadkobiercom pozostało jedynie zwrócić społeczeństwu jego własność, dla spokoju zmarłych, zadowoleniu żyjących i pożytkowi młodego pokolenia. Prof. Stanisław Depowski, Warszawa ul. Wałowa 5/12 - Dowód nadania UPT Leżajsk nr. 12289 z dnia 28.12.1987r".
Biuletyn Miejski nr 7/8 1994

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz