niedziela, 30 sierpnia 2020

Tajemnice Okupacji - Napad

Juliusz Ulas Urbański  Tajemnice okupacji 


Pamięci mojego Ojca 

Władysława Urbańskiego 

Leżajsk, 2009 








Drogi Czytelniku 

Już szósty raz od 1997 roku i jak zawsze w ten sam sposób spotykam się ze swoimi Czytelnikami. Za każdym razem opisuję zdarzenia związane tylko z Leżajskiem lub jego mieszkańcami.

Interesują mnie sprawy nieznane ogółowi i niepublikowane, które czasem warto zachować w ludzkiej pamięci.

Przychylnie ocenili moje dotychczasowe publikacje zawodowi historycy, co zachęca do dalszego pisania.

Tym razem w trzech różnych wątkach przedstawiam zdarzenia z okresu okupacji niemieckiej.

W pierwszym artykule przedstawiam niekompetencje, bufonadę i czyn z pogranicza bandytyzmu, drugim profesjonalizm, patriotyczne zaangażowanie i heroiczną odwagę młodych ludzi tak sobie bliskiego organizacyjnego rodowodu. Trzecim wątkiem jest relacja byłego więźnia obozu koncentracyjnego z Dachau będąca przekazem testamentu obozowego współwięźnia – byłego leżajskiego proboszcza.

Odeszli już starzy leżajszczanie, nie ma kogo prowokować do dalszych wynurzeń i opowiadania o nieznanych epizodach z ich życia.

Opisane zdarzenia przechowywałem w swojej pamięci od ponad pół wieku. Pomyślałem, że warto przypomnieć niektóre z nich.

Drukuję je w moim skromnym prywatnym wydaniu, bez sponsorów i darczyńców, a więc są wolne od jakichkolwiek uzależnień.

NAPAD

Dostępna w Leżajsku publikacja p. Stanisława Kisielewicza Pt. „Od Leżajska do Łodzi – Wspomnienia członka NOW w Leżajsku” (wydana w Łodzi 2004) w pewnym fragmencie przedstawia między innymi „napad” w czasie okupacji na niemiecką firmę budowlaną w Leżajsku. Opis ten wywołał wiele kontrowersji i dyskusji.

Z uwagi na spłycone i nierzetelne ujęcie tragicznych w skutkach zdarzenia, w którym uczestniczył mój Ojciec, mam moralne prawo przekazać leżajskiemu społeczeństwu więcej szczegółów na ten temat.

Czy mam rację ocenią to sami Czytelnicy.

Autor, p. Stanisław Kisielewicz w czasie okupacji niemieckiej i później (do maja 1945) był czynnym członkiem komendy powiatu NOW w Leżajsku. Zajmował się informacją i propagandą co oznacza, że był dobrze zorientowany we wszystkich sprawach.

Skład komendy powiatu (leżajskiego był następujący:

Komendant Ludwik Więcław „Śląski”
z-ca Komendanta i kier. Wydz. Organizacji  - Leon Janio „Łaski”
z-ca kier. Wydz. Organizacji - Zbigniew Larendowicz „Wicher”
kier. Wydz. Wywiadu - Ryszard Gröger „Kuba”
z-ca kier. -  Marian Kisielewicz „Marlewicz”
kier. Wydz. Szkoleniowego - Kazimierz Krawiec „Orzeł”
kier. Wydz. Informacji i Propagandy - Stanisław Kisielewicz „Niesiecki”
z-ca kier. - Stefan Fedorowicz „Szczękacz”

Zasłanianie się dzisiaj niepamięcią, jest co najmniej niewiarygodne tym bardziej, że różne inne opisy świadczą wręcz o doskonałej pamięci.

Wymieniona później między nami korespondencja na temat tego napadu nie doprowadziła także do żadnych ustaleń.

Pamięć przy niepamięci i niepamięć przy pamięci to znana choroba wielu piszących własne biografie, a szczególnie wtedy kiedy chce się coś ukryć przed Czytelnikami.

Opis wydarzenia w ujęciu p. Stanisława Kisielewicza (str. 68).

Autor pisząc o gromadzeniu broni na terenie działania poszczególnych placówek NOW między innymi odnotowuje:

Na terenie placówki w Leżajsku, po uzyskaniu informacji, że mieszkający w domu pp. Urbańskich przedsiębiorca z Niemiec posiada w mieszkaniu kilka karabinów zorganizowano „napad”, którego bezpośrednimi wykonawcami byli członkowie z Kuryłówki, a osłonę stanowili żołnierze placówki w Leżajsku. W wyniku tej „akcji” zdobyto kilka karabinów produkcji rosyjskiej wraz z amunicją. W czasie „akcji” został postrzelony w szczękę p. Urbański.

Mimo przeżytego dramatu przez moją rodzinę śmieszy groteskowość w sposobie przedstawiania tego wydarzenia. Autor używa tu wielkich słów jak „napad”, „akcja”, „żołnierze placówki”, które zapewne mają kreować bohaterski czyn zdobycia kilku karabinów. A w rzeczywistości karabiny te leżały w prywatnym mieszkaniu, w stojącej pod ścianą skrzyni i jedynym oporem przed ich wyniesieniem był przeraźliwy krzyk ze strachu trzech obecnych w tym mieszkaniu kobiet.

To był prawdziwy bandycki napad. Potwierdzają to zachowania dwóch uczestników.

Poznajemy okoliczności pobytu Niemców w naszym domu:

Przez całą okupację niemiecką, połowa domu mojego Ojca Władysława Urbańskiego (ul. Wałowa) przeznaczona była nakazem Urzędu Miejskiego w Leżajsku na kwatery dla oficerów rotacyjnych w jednostkach wojskowych kwaterujących w szkole podstawowej (ul. Grunwaldzka). Podobne kwatery były także u naszych sąsiadów Mariana Piziaka (ul. Wałowa) i Balbiny Ataman (ul. Garncarska).

Późną jesienią 1941 przedstawiciel Urzędu Miejskiego Władysław Markiewicz przyprowadził do nas dwóch cywili niemieckich z pisemnym nakazem od burmistrza Filipa Bizanza do opuszczenia pozostałej części, gdyż ta została przeznaczona dla niemieckiej firmy budowlanej „Gebauer”. Firma ta budowała na terenie Leżajska nitkę gazociągu Daszawa – Stalowa Wola, a później drugą linię kolejkową na trasie Rozwadów – Tryńcza. Zatrudnienie w tym zakładzie było szansą dla młodych ludzi uratowania się przed służbą w „Junakach” i przed wysyłką na roboty przymusowe do Rzeszy.

Ostatecznie pozostawiono nam tylko jedną izbę mieszkalną (pięć zajęli Niemcy) i pomieszczenia pralni znajdujące się w piwnicy. Wszystkie meble z całego domu poukładaliśmy na małej drewnianej werandzie, natomiast w izbie przeznaczonej na mieszkanie (4x4,5 m), Mama urzadziła miejsce do spania dla całej rodziny. W tak małym pokoju znajdowały się: trzy łóżka, leżanka, szafa trójdzielna, bieliźniarka, stolik i dwa krzesła.

Opuszczone przez nas izby mieszkalne zostały wymalowane i załżono w nich prowizoryczną instalację elektryczną. Jednym z instalatorów był p. Zbigniew Larendowicz. Prąd dostarczał agregat usytuowany w szopie na placu dzisiejszego Muzeum Ziemi Leżajskiej. Prowizoryczną sieć energetyczną rozciągnięto w centrum miasta zawieszając ją na porcelanowych izolatorkach do małych deseczek umocowanych potem do rynien domów.

Przyszła niemiecka lokatorka zażyczyła sobie, żeby obok domu był także plac umożliwiający hodowlę drobiu. W tym celu przekazano im sąsiednią parcelę p. Rozalii Tryczyńskiej, na której ustawiono kurnik przerobiony ze starej meblowej przyczepy samochodowej. Stado drobiu było liczne (około 100 szt. kur i gęsi).

Pamiętam, że niemal codziennie, po nocy obok kurnika leżało 2-3 szt. padłego drobiu, które rano parzono ukropem, skubano i patroszono przez zatrudnione pomoce domowe, a następnie wysyłano niekiedy do rodziny w Niemczech. Fetor od padniętego i obrządzanego drobiu był nie do zniesienia.

Do mieszkania w naszym domu sprowadził się kierownik firmy „Gebauer” Karl Argemüssen wraz z żoną i psem suką spanielem Florą. Suka szczekała zawsze charakterystycznym chrypiącym głosem i podobnie takim samym głosem mówiła jej właścicielka, która chorowała na tarczycę. Argemüssen był podobno bardzo ważną osobą we władzach NSDAP. Wyróżniał się tym, że nosił cwikiery a w klapie marynarki miał olbrzymią odznakę partyjną. Do pracy chodził tylko na piechotę.

Lokatorzy zatrudniali dwie polskie pomoce domowe tj. Adolfinę Kisielewicz z Chałupek i Hanię nieznanego nazwiska, która przyjechała wraz z nimi z Rawy Ruskiej. Była to piękna dziewczyna w wieku 18-19 lat, brunetka, trochę semickiej urody, biegle mówiąca po niemiecku. Sąsiedzi opowiadali, że podobno była to Żydówka ukrywająca się na aryjskich papierach.

Do Argemüssenów nigdy nie przychodzili żadni mundurowi Niemcy. Często przychodzili mieszkający w sąsiedztwie cywilni pracownicy firmy Gebauer.

My natomiast mieszkaliśmy i przebywaliśmy przeważnie w pralini – kuchni. Pomieszczenie to było tak niskie ok. 210 cm z piecem piekarskim i trzonem kuchennym zajmującym 1/5 powierzchni. Z oknami wychodzącymi pod werandę, półciemne, z drzwiami do piwnicy, w której przechowywano ziemniaki, jarzyny i beczkę kiszonej kapusty.

Z lokatorami spotykaliśmy się najczęściej na korytarzu.

Nasze życie codzienne.

Okupacja niemiecka była dla mojej 4-osobowej rodziny ciężkim przeżyciem. Ojciec zmobilizowany został już 1 lipca 1939 do Szkoły Podoficerskiej dla Małoletnich w Nisku, jako komendant Obrony Przeciwlotniczej Stalowej Woli w stopniu porucznika. Po ewakuacji jednostki na wschód powrócił do domu w ostatnich dniach września. Ale wcześniejsza jego historia była jeszcze bardziej złożona.

Od 1914 roku był żołnierzem austriackim. W lipcu 1916 roku po walkach nad Stochodem dostał się do rosyjskiej niewoli, w której przebywał do września 1919 roku. Następnie do 1921 roku służył w 5 Dywizji Syberyjskiej. Do kraju powrócił w 1921 roku i jeszcze przez rok służył w 41 p.p. w Suwałkach.

Zawsze mawiał: mam dość wojaczki, wysłużyłem wojsko za siebie, ciebie, wnuka i prawnuka. W 1939 r. musiał ponownie ubrać mundur, tym razem na krótko. Po powrocie do domu dwa razy w tygodniu, jako uczestnik wojny z Niemcami musiał meldować się na Wojennej Komendzie Miasta. Wkrótce, bo już 3 listopada został aresztowany, jako zakładnik (przed świętem 11 listopada) i osadzony w więzieniu w Rzeszowie. Wraz z nim aresztowano także: ks. Czesława Brodę, Romana Szczupaka, Stanisława Gdulę, Józefa Grögera, ks. Stanisława Lubasa, Marię Jeżowiecką, Alojzego Ficowskiego, Władysława Klimka i Zdzisława Wiecha. Okupacyjny terror dopiero się rozpoczynał.


Rodzice moi byli nauczycielami i jak inni znajdowali się w ciągłym zainteresowaniu władz. Pod pretekstem posiadania 0,57 ha pola zostali zwolnieni z pracy. A żyć trzeba było. Od czasu do czasu Ojciec dostawał jakąś pracę zarobkową np. w młynie hr. Potockiego. W kuchni na stałe zagościły pokarmy z płodów rolnych. Dominowała kasza jęczmienna, jaglana i kukurydzianka, chleb ze zboża zmielonego na żarnach, czsami mięso królicze i drób, kozie mleko, melasa z cukrowych buraków gdy zabrakło sacharyny. Nawet naftę zastąpiła karbidówka, a jedynym opałem były gałęzie z ogrodu i tartaczne obrzynki. Rabałem je wg potrzeb. Najtrudniej był z ubraniem. Miałem kurtkę uszytą z koca, różne przeszywane spodnie, swetry i skarpety robione przez Mamę na drutach z innych poprutych swetrów i skarpet. Były też Chile beztroskiego dzieciństwa, gdyż ja miałem wówczas 14, a siostra 11 lat.

Przechodząc do sypialni, przez otwarte drzwi z korytarza do pokoju zajmowanego przez Argemüssenów widziałem stojącą na podłodze pod ścianą podłużną dość dużą 180x50x35 cm zieloną z metalowymi okuciami skrzynię z rosyjskimi napisami. Nigdy nie budziła mojego ani naszego zainteresowania. W pewnym momencie stała się przyczyną dramatu mojego Ojca i przyczyną, że po upływie 66 lat zmuszony zostałem do napisania tej relacji.

Jestem przekonany, że dziś Autor publikacji z w/w cytowanymi fragmentami żałuje, że może nieświadomie spowodował zainteresowanie zdarzeniami zupełnie nieznanymi w leżajskim środowisku i korespondencję o możliwie nieprzewidywalnym finale.

Przerwano „zmowę milczenia”, albowiem z premedytacją czyniono wszystko aby o dwóch niechlubnych zdarzeniach z czasów okupacji, z udziałem członków leżajskiego NOW zapomniano i poszły w całkowitą niepamięć.

Niemal całkowite wyrzucenie z własnego domu i zmuszenie do egzystencji w urągających warunkach, miał decydujący wpływa na psychikę Rodziców. Nie mogli się z tym pogodzić. W sekrecie przed nami – dziećmi stale mówili na ten temat tylko między sobą, tylko czasami docierały do mnie fragmenty ich rozmów. W nerwowej atmosferze ciągle szukano jakiś domowych rzeczy, ograniczone było poruszanie się po mieszkaniu z uwagi na małą powierzchnię. Za każdym razem, aby otworzyć szafę trzeba było odsuwać stojąca obok niej leżankę, a oprócz tego ograniczone możliwości finansowe, powszechne okupacyjne trudności i udzielająca się wszystkim niepewność aresztowania bliskich to wszystko dopełnił goryczy codziennego życia.

W mieście zawsze coś się działo”

10 maja 1941 roku w areszcie magistratu otruł się posiadaną przy sobie trucizną nasz sąsiad Adam Rycek (Koszacki – wychowanek rodziny Koszackich).

16 maja aresztowano: Józefa Barana, Janinę Trociuk, Marię Ordyczyńską, Edwarda Trociuka, Wilhelma Trociuka, Zdzisława Zapałę, Ludwika Więcława, Michała Srokę, Augustyna Busztę, Władysława Gancarza.

27 czerwca aresztowano: Franciszka Adamusa, Stanisława Dołęgę (nauczyciela), Bronisława Saskiego, Antoniego Hołotę, Józefa Horoszkę, Kazimierza Gdulę, Kazimierza Bauera, Stefana Tryczyńskiego i Stanisława Koczocika.

15 sierpnia spalił się młyn hr. Potockiego, aresztowano: Ferdynanda Recha, Tadeusza Czajkowskiego i Michała Sitarskiego.

To były trudne czasy i trudne warunki bytowania. Trzeba było w nich żyć i trwać w nadziei. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Wszystko było na głowie Mamy. I wreszcie nastały święta i wieczerza wigilijna z namiastką tradycyjnych potraw i maleńką gałązką zielonej choiny na stole. Po modlitwie przed kolacją Mama rozpłakała się rzewnymi łzami. Udzieliło się to i nam. Tylko Ojciec wytrzymał to napięcie i zabrał głos. W słowach pocieszenia chciał nam uświadomić, że w tym wszystkim co nas spotkał to mamy i tak wiele szczęścia, bo mimo wojny i okupacji cała rodzina była razem, za wyjątkiem brata Mamy, który zginął w Oświęcimiu. Nadal, ale mieszkamy w swoim domu choć w ograniczony sposób, nie przeżyliśmy tragedii całkowitego wysiedlenia. Żyjemy bardzo skromnie, ale bez głodu i chłodu. To był bardzo budujący głos Ojca. Tak przeszły Święta i Nowy Rok bez odwiedzin krewnych i znajomych. Była tylko siostra Ojca Aniela.
U naszych niechcianych sąsiadów – lokatorów też było bardzo spokojnie, bez libacji i śpiewów.

Była ostra, śnieżna i mroźna zima. Po obu stronach dróg leżały wysokie zwały śniegu, mróz w dzień dochodził nawet do -15 stopni C. przyjemne były tylko noce, bo w czasie całkowitego zaćmienia miasta od śniegu był dość jasno.

Była to chyba druga połowa stycznia 1842 roku. Po kolędzie chodził ks. Roman Dobrzański. U nas był tuż przed zmierzchem. Mama przepraszała go za warunki w jakich przyszło jej przyjąć gościa. Był bardzo speszony tym co zastał. Pocieszał Mamę, że to tylko przejściowe, że wnet będzie inaczej, może lepiej.

Z domu wyszedłem tuż za księdzem. Poszedłem na lekcję łaciny do prof. Władysława Klimka, który mieszkał w Rynku. W tajnym nauczaniu przerabiałem materiał I klasy gimnazjalnej. Wbrew niektórym obecnym publikacjom i sugestiom o społecznym zaangażowaniu, korzystanie z korepetycji u profesorów było za odpłatnością. Były to znaczące wydatki w domowym budżecie. Pod koniec lekcji niespodziewanie do pokoju weszła żona profesora i wywołała go. Za chwilę wrócił wraz ze starszym ode mnie Władysławem Bajem, synem naszych sąsiadów i przyjaciół Izabeli i Józefa Bajów. Prof. Klimek bardzo zmieszany, prawie szeptem powiedział do mnie (odtwarzam to z pamięci)

- teraz kończymy lekcję. Przyszedł po ciebie pan Władysław z poleceniem od Twojej Mamy. Musisz zaraz wracać do domu. Tato został ranny, na ulicy jest niemiecka żandarmeria. Zostaw książkę i zeszyt, odbierzesz je sobie jutro.

Nie pamiętam jak wyszliśmy z mieszkania i kamienicy. Przed domem zdołałem się tylko zapytać co się stało. Odpowiedź była bardzo zdawkowa. Był napad na waszych lokatorów. Tato jest ciężko ranny, muszą go natychmiast odwieźć do szpitala.

Szliśmy nie chodnikiem, ale środkiem mocno zaśnieżonej drogi. Rynek pusty, po przeciwnej stronie rynku szło kilku żołnierzy. Przed „Soldatenhaimem” (dom żołnierza), który znajdował się tam, gdzie jest dzisiejsze „Centrum”, tylko w pierwotnej zabudowie, stał kilku rozbawionych niemieckich żołnierzy. Weszliśmy w ulicę Rzeszowską. Na wysokości dzisiejszej restauracji „Legenda” zauważyłem idącą w naszym kierunku całą szerokością drogi, tyralierę żandarmów niemieckich z bronią gotową do strzału. Wśród nich był jeden granatowy policjant. Zacząłem gwałtownie myśleć co im powiem, gdy zapytają nas skąd idziemy. Postanowiłem powiedzieć półprawdę, że z lekcji języka niemieckiego. Bardzo się bałem, nic nie rozmawialiśmy ze sobą. Ku naszemu całkowitemu zaskoczeniu, kilka kroków przed nami idąca tyraliera rozstąpiła się tworząc dość szerokie przejście. Zwolnionym krokiem poszliśmy dalej. Po ominięciu żandarmów doleciały mnie fragmenty niemieckiej rozmowy i chyba głos granatowego policjanta, który wymienił nasze nazwisko.

Przyśpieszyliśmy kroku. Przed naszym domem stały jakieś dwie niewiasty, weszliśmy do środka, a mieszkania Argemüssenów słychać było głośne rozmowy. Po ciemnej klatce schodowej zeszliśmy do zajmowanej przez Rodziców pralni pełniącej rolę kuchni. Przy stole siedziała płacząca młodsza siostra – Hanka, miała 11 lat. Nie pamiętam czy były z nami jeszcze inne osoby.

W jednej chwili do głowy zaczęły mi się cisnąć setki pytań:
Gdzie rodzice, co z Ojcem, co się stało, co zdarzyło się podczas mojej nieobecności w domu itp.

Odtworzenie wydarzeń:
Pełnej odpowiedzi na postawione pytania udzielił moja Siostra – Anna Burak Zalewska ostatni żyjący naoczny świadek tego zdarzenia. Opisała wszystko co przeżyła i widziała a mianowicie:

Miało to miejsce w styczniu 1942 roku w krótkim czasie po świętach. Na stole stał jeszcze stroik świąteczny. Ja się uczyłam, Tatuś coś czytał. Mamusia też była w kuchni. W pewnej chwili słychać głośnie pukanie do drzwi wejściowych. Napastliwie ujada pies lokatorów. Wychodzimy z kuchni: Tatuś trzymający w ręce lampę naftową, która stała na stole, Mamusia i ja. Wchodząc po schodach Tatuś był prawie na górze, ja na 1/3 schodów, a Mamusia w środku. Widzę broń, pada strzał, Tatuś jakby osuwał się na bok, gaśnie światło, słyszę głos Tatusia: jestem ranny a wy? Po omacku trzymając się ścian, chodzimy na korytarz w suterenie obok naszej kuchni. Słychać natarczywe dobijanie się do drzwi wejściowych od podwórza i polecenie otworzenia ich. W drzwiach widzę mężczyznę, każe wychodzić z domu i położyć się na ziemi. Wychodzi Tatuś, Mamusia i ja. Tatuś bardzo krwawi, krew leje się po ubraniu i ręce którą podtrzymuje przestrzeloną twarz. Kładzie się na śniegu. Mamusia pyta czy może wrócić do kuchni po ręcznik. Wraca z mokrym ręcznikiem i podaje Tatusiowi. Kładzie się obok niego jest zły, podenerwowany i wystraszony, chowa twarz w podniesiony kołnierz i w czapkę. Jesteśmy tylko w samych sukienkach i pantoflach, tatuś w marynarce. Jest bardzo zimno. Mężczyzna wyraźnie unika kontaktu wzrokowego ze mną, ręce ma przed sobą jakby coś trzymał, nie widziałam dokładnie co trzymał. Jest sam. Do Mamusi mówi, że za ½ godziny dopiero możemy iść do lekarza. Za chwilę wracamy do kuchni. Tatuś siada na krześle, ręką trzyma ręcznik przy twarzy opierając ją o poręcz krzesła, jest bardzo osłabiony. Powiedziałam do Rodziców, że ten mężczyzna co nas pilnował na podwórku to jeden z zakładających w Niemców światło – Larendowicz. Każą mi nic nikomu nie mówić. Nie wiem czy dobrze zapamiętałam nazwisko. Mama ubiera się i wychodzi do naszych znajomych Izabeli i Józefa Bajów. Wraca z najmłodszym synem Władkiem. Ubierają Tatusia, nadal bardzo krwawi. Razem wychodzą do lekarza Szustowa (ul. Rzeszowska). Ja zostaję w kuchni sama, bo brat poszedł na lekcję do prof. Klimka (Rynek). Po jakimś czasie wraca Władek z bratem i zostaje z nami na noc. Mama z Tatusiem zostali odwiezieni saniami do lekarza na stację, przez kogoś z rodziny Karasińskich. Pojechali do szpitala do Rzeszowa. Tam zaopiekował się Tatusiem bardzo troskliwie dr Drobniewicz. Kiedy Mamusia jeździ do szpitala my zostajemy zazwyczaj sami. Tatuś nie mówił i nie słyszał na lewe ucho. Na wiosnę otwiera mu się rana, wychodzą maleńkie odłamki kości. Rana goi się dopiero przed świętami Wielkanocnymi. Doskonale pamiętam Hankę – pomoc domową u Niemki. Była bardzo ładna i biegle mówiła po niemiecku. Bardzo ją lubiła stara Niemka i tylko ona miała wstęp do ich pokoi. Po wypadku mówiono, że to ona była w kontakcie z tymi co przyszli. Po tym zajściu Niemiec przeniósł się do kamienicy Kisielewicza.

Idąc w niedzielę do kościoła zatrzymałam się przed słupem ogłoszeniowym, bo stali tam ludzie, na którym wywieszona była lista zakładników. Ktoś mówił, że gdyby Tatuś nie został ranny to rozstrzelaliby wszystkich zakładników i całą rodzinę Urbańskich. Słyszałam też takie zdanie: dobrze, że nikt z Niemców nie zginął. Urbański zapłacił zdrowiem ale innych uratował. Mama złoto sprzedała w komisie a dywan kupiła Karasińska. Później słyszałam od Mamy: to dobrze, że chcieli kupić, bo miałam pieniądze na leczenie i życie. W czasie pobytu Tatusia w szpitalu i w czasie Jego rekonwalescencji bardzo pomagała nam rodzina Marii i Jana z synami Janem i Stanisławem Pustelnym z Wierzawic (masło, ser, śmietana, mąka)
.

Tyle od naocznego świadka.
A teraz powracam do wątku mówiącym o moim powrocie do domu wraz z kolegą po otrzymaniu wiadomość o napadzie na nasz dom i postrzeleniu Ojca.

Długo we troje siedzieliśmy w kuchni przy stole prawie nic nie mówiąc. Głośno było tylko w mieszkaniu Argemüssenów. Późno poszliśmy do sypialni, siostra starała się zasnąć, ja z Władkiem w ubraniach, siedzieliśmy na łóżku do samego rana. Władek powrócił do domu, a mu z powrotem do kuchni. Coś jemy. Wychodzę przed dom. Na zadeptanym śniegu duża kałuża krwi, ślady krwi są także przed domem, na korytarzu, schodach i w kuchni. Zamarzniętą krew z kałuży rozbijałem tasakiem i wiaderkiem wynosiłem w głąb ogrodu zasypując śniegiem. Pozostałe ślady krwi zmywałem ścierką. Nie wszystkie dały się usunąć. Dokończyła tego po kilku dniach Mama.

Wieczorem wróciła Mama od Ojca. Wiadomości były zasmucające. Diagnoza lekarska: Osmolona prochem lewa strona twarzy. Postrzał prawdopodobnie pociskiem kal. 9 mm. Lewej strony górnej szczęki na wysokości nosa, rozerwany pociskiem koniec języka na długości 10-15 mm. Wylot pocisku z prawej strony szczęki dolnej. Całkowita utrata słuchu ucha lewego. Wyrwane pociskiem dwa zęby zakleszczone w otworze wylotowym.

W domu była przygnębiająca atmosfera a w dodatku przeżywałem stres psychiczny i jąkałem się.

Ojciec bardzo cierpiał, szpital nie miał wystarczającej ilości leków, gdyż był to czas okupacji. Mama kupowała za swoje pieniądze w aptece Pana Seweryna Dańczaka środki znieczulające i woziła je do szpitala.

Dwa dni po strzelaninie, pomoc domowa Argemüssenowej – Hanka powiedziała Mamie, że Niemka boi się bardzo bandytów i chce natychmiast przenieść się na mieszkanie w prawym skrzydle byłego zamku. I tak się też stało. Po kilku dniach Argemüssenowie przeprowadzili się do mieszkania w czynszowej kamienicy Pana Józefa Kisielewicza, a opuszczony kurnik nadal stał w tym samym miejscu aż do końca okupacji.

Miesiąc później, z kwatery w naszym domu ale w pierwszej wersji znowu zaczęli korzystać oficerowie niemieccy. Wróciliśmy do swojego mieszkania. Wcześniej w nim, chyba poprzedni instalatorzy zdemontowali prowizoryczną instalację elektryczną.

Skutki „Napadu”

Po wszystkich tych wydarzeniach pierwszym zasadniczym problemem naszej rodziny była rehabilitacja Ojca oraz wychodzenie z silnego szoku w jakim wszyscy znajdowaliśmy się.

Po powrocie Ojca ze szpitala nastały dla nas trudne dni. Skutki postrzelenia były fatalne. Nic nie słyszał na lewe ucho, mógł spożywać tylko płynne posiłki lub rozdrobnione. Kości szczęk zrosły się z pewnym przesunięciem w wyniku czego nigdy już nie mógł używać protez. Podczas chłodów konieczne było osłanianie szalem dolnej części twarzy z uwagi na nasilające się bóle.

Uszkodzony język zmienił mowę na tyle, że musiał zrezygnować z zawodu nauczyciela. Takie to ślady pozostawił po sobie ów skromnie nazwany „postrzał w szczękę” i trzeba było z nim żyć przez następne 33 lata.

Napad ten i trwałe kalectwo Ojca nie były jedynym dramatem naszej rodziny.

Drugim największym zmartwieniem Rodziców mogło być zdekonspirowanie członka napadu Zbigniewa Larendowicza przez jedenastoletnią siostrę, świadka całego zajścia. Podstawowym dylematem było czy przypominać stale dziecku aby milczało, czy raczej samemu milczeć aby nie podtrzymywać tematu. Pierwsza prośba Rodziców „nie każą mi nic mówić” wywarła na Siostrze tak silne wrażenie, że do końca okupacji, w czasie rozmów i zabawy z koleżankami nigdy nie powiedziała ani słowa o zdarzeniu.

Wszystkie te obawy były w pełni uzasadnione a następstwa mogły być nieobliczalne bo reakcja zdekonspirowanego mogła być bardzo różna.

Okazje były różne choćby np. ta, że chodząc do szkoły siedziała w jednej ławce z córką granatowego policjanta Danusią M. Policjant był wysiedlonym z poznańskiego i posiadał nieciekawą opinię.

Z czasem, analizując przeżyty „napad” i wszystkie jego skutki coraz bardziej natarczywe stawało się pytanie: Kto strzelał do Ojca?

To już trzeci nasz dylemat.

Odpowiedź przyszła niespodziewanie jesienią 1944 r. Kazimierz Jędrzejowski – leśniczy z Brzyskiej Woli powiedział memu Ojcu „Władek, wiesz kto cię postrzelił? – Chłop z Kuryłówki PS. „Tata”.

Nie podał jednak ani nazwiska, ani bliższych danych. Dowiedziałem się o tym znacznie później. Równocześnie zaczęła narastać dyskusja na różne tematy okupacyjne. Ojciec być może coś na ten temat z kimś rozmawiał i być może o coś się też pytał, ale spotkał się z zaskakującą reakcją. Trzykrotnie został ostrzeżony przez Tadeusza Rejmana i dwukrotnie przez Tadeusza Ciska, aby na temat zajścia i postrzelenia z nikim „nie rozmawiał”. Takie było ponoć życzenie „góry”. Obaj ostrzegający byli członkami oddziału Wołyniaka, ale znali się też doskonale z racji wspólnej pasji, jaką była hodowla kolorowych gołębi.

Jednym słowem żyliśmy wówczas w okresie dramatycznych wydarzeń.

Młodzi niewiele wiedzą o leżajskich powojennych niepokojach z lat 1944-1947, kiedy to w zależności od pory dnia zmieniała się władza. Raz rządzili „oni” lub „my”, albo „my” lub „oni” w zależności od tego jak kto postrzegał lub traktował ówczesne władze. Ale to już przeszłość. Wiele wydarzeń zostało wyjaśnionych i opisanych.

Pozostały liczne znaki zapytania. Część tych pytań dotyczy między innymi opisanego „napadu”. Na przykład mglista jest do dziś wiedza o tym kto był faktycznym zleceniodawcą tego ataku. Zapewne idąc na „robotę” do mieszkania Argemüssenów ktoś na ten temat coś powiedział, doradzał czy nakazywał. Zapewne nie wyszło to od Wołyniaka jak sugeruje p. ST. Kisielewicz, gdyż napad miał miejsce w 1942 roku, a Józef Zadzierski ps. Wołynia zjawił się na terenie leżajszczyzny w maju 1943 roku. Przywiozła go z Warszawy Pani Helena Mrzygłód Czochara, a za pośrednictwem p. Władysława Rakszawskiego dotarł do obozu „Ojca Jana”. Pochodził z Wołynia i dlatego został Wołyniakiem.

Podobnie nie sensowna była informacja, że rzekomo w obronie Niemca stanął mój Ojciec i dlatego musiano strzelać do niego, to wierutne kłamstwo, gdyż w czasie napadu w domu była tylko jedynie Niemka żona Argemüssena, a w dodatku była ona na parterze, a rodzina w piwnicy.

Nasuwa się pytanie jak zrozumieć i czym wytłumaczyć strzelanie bez ostrzeżenia z odległości 1 metra prosto w twarz człowiekowi, który wychodził po schodach z lampą w ręku i nie dawał jakichkolwiek oznak agresji, a za Ojcem „gęsiego” szła żona i dziecko. Przecież przy odpowiednim ułożeniu pistoletu można było jednym strzałem zabić troje ludzi. Jakie oni stanowili zagrożenie, czym i dla kogo?
Broń strzelającego widziało i dziecko, dlatego każde słowne polecenie w zaistniałym strachu byłoby skuteczne. Idący byli w zamkniętym pomieszczeniu zdani wyłącznie na polecenie strzelającego. Czy nie można było np. wybrać mniejsze zło i strzelić w nogi?

Nikt tego zdarzenia nie oceni inaczej jak chęci pozbawienia życia.

Po strzale lampa zgasła, a zupełne ciemności wykluczyły jakąkolwiek kontrolę nad istniejącą sytuację.

Po upływie wielu lat rozmyślam czy nie powinienem zanieść parę złotych na ofiarę za duszę strzelającego. Przecież dzięki jego niecelnemu strzelaniu i błazenadzie ja i moja rodzina przeżyliśmy. Po latach wyjaśniło się, że strzelającym był Pyćko Stanisław ps. „Tata”, który mieszkał i zginął w Kuryłówce w niewyjaśnionych okolicznościach w Wielką Sobotę 31 marca 1945 roku. W tym samym dniu zginęła także Janina Oleszkiewicz Przysiężniak. Gdyby natomiast strzelano do Niemki Argemüssen to wg oświadczenia gestapowca cała nasza rodzina zostałaby na pewno pod „sąsiednią stodołą”, a podobny los spotkałby leżajskich zakładników.

Co myślał w tym czasie Zbigniew Larendowicz, kiedy w panicznym strachu po usłyszanym wystrzale zaczął dobijać się do domu natarczywym kopaniem i łomotaniem klamką drzwi wejściowych. Jakże niezrozumiałym czynem było wyprowadzenie rodziny na mróz przez kolejnego uczestnika akcji. W jakim celu kazał on zszokowanym i wystraszonym kobietom oraz rannemu Ojcu wyjść przed dom, a następnie położyć się na śniegu przy -15 st. Mrozie. Pozwolił wstać dopiero po 30 minutach. Jak czynił to nieostrożnie, bo przecież umożliwił dziecku obserwację swojej osoby i nie budzące wątpliwości rozpoznanie. Czy nie miał świadomości, że z racji przebywania w tym środowisku może zostać później rozpoznany. A on żył do końca okupacji w przekonaniu, że w sposób bezbłędny wykonał zadanie konspiracyjne. Do dnia dzisiejszego udaje, że nic nie pamięta, a w przypadku spotkania na ulicy unika wzroku. Pewne obiekcje dotyczą także taktyki działania.

Jak zrozumieć zamierzenia i zachowania uczestników „napadu” oraz ich bezpośrednich przełożonych. Zapewne musiał być jakiś plan działania i dobór ludzi choćby trochę znających partyzanckie rzemiosło. Wcześniej powstał pomysł czy aby w normalnej głowie. Czy nazwanie tego „napadu” akcją mieści się w kanonach działania polskiego ruchu oporu. Dostępna dzisiaj literatura i inne zdarzenia jakie miały miejsce nawet w Leżajsku świadczą zupełnie coś innego. I wreszcie jedno z końcowych pytań: czy tę tragedię i cierpienia musiał przeżyć mój Ojciec? Czy zachowania i działania uczestników „akcji” mieszczą się w kodeksie polskiego oficera, bo przecież w publikowanych dziś życiorysach uczestników „napadu” figurują stopnie oficerskie.

W jednym z miejscowych periodyków przeczytałem pewien wywiad, a nim bardzo ciekawe ujęcie:

„widzę na stole leżące odznaczenia, czy mógłby Pan coś o nich opowiedzieć?”

Teraz dopiero wiem do czego służy stół i przyznawane odznaczenia.

Czy jeszcze żyjący uczestnicy i współtwórcy zdarzenia zdają sobie sprawę i są świadomi, że każdy przed pożegnaniem się z ziemskim padołem płaczu winien spłacić wobec bliskich swe rzeczowe zobowiązania i moralne długi.

Jeszcze raz czytam fragment książki p. Stanisława Kisielewicza o napadzie na nasz dom. Krótko i węzłowato zapisano:

Cel akcji – zdobycie kilku karabinów u niemieckiego lokatora, akcję przeprowadzają członkowie NOW z placówek w Kuryłówce i Leżajsku. Podczas akcji postrzelono w szczękę p. Urbańskiego.

Nie ma tu żadnej analizy co do prawidłowości przebiegu napadu i oceny końcowego rezultatu, ani też odrobiny elementarnego współczucia z tytułu postrzelenia bezbronnego człowieka i doprowadzenie do tragedii całej rodziny. „Bohaterów” się nie rozlicza.

Przypomnijmy raz jeszcze ten czyn bohaterów.

W napadzie na mieszkanie Argemüssenów brało udział prawdopodobnie 11 osób, kilku z nich znam z nazwiska. Napad wymyślił i zaakceptował wg informacji p. Kisielewicza z-ca Komendanta Komendy Powiatu NOW w Leżajsku – Leon Janio „Łaski”. Wg mojej wiedzy był to Ludwik Więcław „Śląski”. W wyniku działania zdobyto (czytaj) wyniesiono prawdopodobnie 5 szt. rosyjskich karabinów.

Z prostego rachunku wynika, że dwóch uczestników niosło jeden karabin. Bez potrzeby „zdobywania informacji przez wywiad” powszechnie wiadomym było, że Argemüssenowa codziennie wychodzi z psem do miasta na około półtorej godziny, najczęściej do męża. W tym czasie w mieszkaniu przebywały tylko dwie pomoce domowe, które nie stanowiły żadnej przeszkody w wyniesieniu karabinów. Po co więc była strzelanina do Polaka? Było to działanie przypadkowe czy celowe.

Pozostaje jednak podstawowe pytanie, w jakim zakresie i w stosunku do kogo zastosowano by okupacyjne represje?

Jeden z moich rozmówców, też były członek NOW tak skwitował to zdarzenie.

Dom, na który dokonano napadu stoi na obrzeżu miasta. Od niego w tamtym czasie w odległości 60 m były szczere pola z „fińskimi dołami”, którymi można przejść niezauważalnie prawie do „chałupczańskiego lasu”.

No cóż, tyle, może tylko tyle na temat napadu i postrzelenia w szczękę.

Rodzinie pozostały tylko przykre wspomnienia. Ojciec do końca życia za każdym razem kiedy wychodził z domu nawet letnią porą osłaniał dolną część twarzy do wysokości nosa szalem. Nie czynił tego z przyjemności ani dla szpanu, ale chronił przed odczuwalnym w chłodzie prawie stałym bólem. Czy p. Kisielewicz nigdy nie spotkał Ojca na ulicy miasta i nie widział tego? Szkoda, a może zapomniał. Czy nigdy nie dotarło do Niego to co na ten temat mówiono w Leżajsku?

Prze wiele lat żyliśmy pod presją i przymusem milczenia. Tylko czasami, przeważnie w wieczory wigilijne wspominaliśmy tragiczne przeżycia Ojca Władysława Urbańskiego i całej rodziny. One to sprawiły, że „napad” nie znalazł się w lamusie zapomnianych i nieopisanych zdarzeń. Ale nie byliśmy osamotnieni w ocenie minionych wydarzeń.

Po opublikowaniu w 1998 roku własnej pracy Pt. „Pacyfikacja Leżajska w dniu 28 maja 1943” otrzymałem bogatą w treści korespondencję, w niej między innymi list od p. Stanisława Sz. Z Krakowa, który niech będzie sentencją dla zdarzenia o „wielkim napadzie” w 1942 roku.

Ja nadal koresponduję, a w tej konkretnej sprawie napisałem otwarty list do p. Kisielewicza, którego treść podaję w załączeniu.

***
                                                                       Leżajsk, kwiecień 2009

LIST OTWARTY

                                                                         Do 
                                                          Pana Stanisława Kisielewicza
                                                                      w Łodzi

   Ku memu całkowitemu zaskoczeniu, po naszej korespondencji w sprawie pacyfikacji Leżajska, nie spodziewałem się jakiegokolwiek ponownego kontaktu tym bardziej odwiedzin Pana Mirosława W. Przekazał m Pańską publikację Pt. „Od Leżajska do Łodzi – Wspomnienia członka NOW w Leżajsku”.

Była to bardzo serdeczna rozmowa, trafiliśmy na podatny grunt do wspomnień i dyskusji. Wiele przyjemności sprawiła napisana dedykacja i załączony Pański list. Z racji swojej treści rozbudził we mnie nadzieję, że może spełni się moje życiowe marzenie, że w końcu dowiem się, wiele albo wszystko o postrzeleniu mojego Ojca w czasie „napadu” na niemiecką firmę "Gebauer".

Dotychczas sprawa ta i jej okoliczności otoczone były zawsze „zmową milczenia”. Było to spowodowane w pierwszym etapie tajemnicą działań konspiracyjnych w czasie niemieckiej okupacji, później do roku 1947 ordynarnym wymuszonym „szantażem”. Władza, która była sprawcą „napadu” i nieszczęścia mojego Ojca, komenda powiatu leżajskiego NOW pod kierownictwem p. Ludwika Więcława „Śląskiego” skompromitowała się za „napad” w oczach nie tylko leżajskiego społeczeństwa.

Słusznie generalnie zbesztana za nieudolność przez swoich przełożonych czyniła wszystko, aby o zdarzeniu zapomniano. Skutecznie doprowadzono do tego, że o wyciszonej szantażem sprawie, za wyjątkiem sporadycznych prywatnych rozmów w naszej rodzinie nikt nic nie mówił i nie napisał.

Pan pierwszy w cytowanej publikacji opisał zdarzenie w sposób całkowicie nieodpowiedzialny. „Pisano i udawano, że nic nie wiedziano”.

Ostatni Pana list z 10 listopada 2008 roku będący odpowiedzią na konkretne pytania, które przesłałem w imieniu mojej Siostry, żyjącego świadka zdarzenia zostały uznane za przykre i niemiłe. A nam nie jest przykro? Jak mógł tak napisać poważny wiekiem leżajszczanin znający sprawę z autopsji, a z racji zajmowanego kierowniczego stanowiska w organizacji, która była sprawcą „napadu” też moralnie za to odpowiedzialny.

Czy piszący o „napadzie” nigdy w latach 1943-1945 nie spotkał na ulicy „postrzelonego w szczękę” i nie widział jego skutków?

Drugie Pańskie wydanie „Od Leżajska do Łodzi” ukazało się już bez podtytułu „Wspomnienia członka NOW w Leżajsku”. Czy oby już jakieś osobiste refleksje i może choć trochę wstydu za hańbiące czyny organizacyjnych „kolegów”.

Wyjechał Pan z Leżajska w 1945 roku. Tylko kontakt z różnymi ludźmi środowiska umożliwia poznanie tych dobrych i złych stron miejscowych zdarzeń. Było ich wiele. Mnie interesowały i te, o których mówiono szeptem, ogródkowo i nie z każdym.

Niewiarygodne są pisane i udzielane informacje „byłem prześladowany”? to jak można było równocześnie studiować lub pracować na kierowniczym stanowisku? Wszystkie były z partyjnego nadania. Każdy kto choć trochę popsuł krwi „nowej władzy” – ujawniał się, był amnestionowany, karany sądownie, podpisywał lojalkę lub był współpracownikiem.
Uszło Panu uwadze wiele różnych leżajskich spraw, komentowanych łagodnie i brzydko. Wymarło już to pokolenie, które znało, pamiętało i z różnych racji wspominało też ludzi, którzy mieli „brudne ręce”. Młodych to już nie interesuje, nie chcą wierzyć, że tak mogło być.
Czasem ktoś stanie na leżajskim cmentarzu, nad grobem, przeczyta epitafium i z różnych przyczyn rzuci nawet głośno wiązankę przykrych słów.

Wymieniający w 1987 roku słup w płocie obok drzwi wejściowych do „kwatery na Wygodzie” znalazł obok niego wsunięty w ziemię niczym nie zabezpieczony zupełnie zardzewiały pistolet. Znając tamtejszych „lokatorów” można się pokusić ustalić kto mógł być jego właścicielem i dlaczego tak się go pozbyto. Może w/w pistolet zdobyto też w akcji po postrzeleniu w szczękę.

Nie poszkodowany uczestnik tragicznego „na Wygodzie” zdarzenia Stanisław Białkowski „Tomek” opowiadał:
Było już po godzinie policyjnej jak „zakończyliśmy zebranie” – odważni poszli do domu, pozostali poszli spać ze znanymi skutkami.

Wymieniony w Pana publikacji p. Tadeusz Jurzyniec „Franciszek”, który miał przejąć obowiązki „Kuby” po jego aresztowaniu, w swojej biografii opublikowanej w biuletynie Polskiego Związku Inżynierów i Techników Budownictwa we Wrocławiu ani słowem nie wspomina o swojej działalności w leżajskim NOW?
Czy wstyd za kolegów?

Ja nie czuję się obrażony tylko zawiedziony po zapowiedziach Pańskiej koleżeńskiej szczerej korespondencji i wspomnień. Na koniec zapytuję tylko komu i po co potrzebna była ta „błazenada”.

Czytelnik może zapytać dlaczego taka forma listu. Odpowiedź jest prosta. W Leżajsku Pana Czytelnicy czytają i będą czytać publikację „Od Leżajska do Łodzi”. Moi czytelnicy niech też dowiedzą się jaka jest pisarska arogancja, a jaka jest rzeczywistość.

środa, 26 sierpnia 2020

Wspomnienia i refleksje - 100 lecie LO

Juliusz Ulas Urbański

WSPOMNIENIA I REFLEKSJE

Leżajsk, 2012

Wspomnienia i refleksje byłego ucznia i absolwenta Gimnazjum i Liceum im. kr. Bolesława Chrobrego w Leżajsku w latach wrzesień 1944-czerwiec 1947 na okoliczność obchodów Stulecia powstania i istnienia w mieście pierwszej szkoły średniej Prywatnego Miejskiego Gimnazjum Realnego, dzisiaj w nowej siedzibie i pod nową nazwą Zespołu Szkół Licealnych.

                                          "Upływa szybko życie
                                                 Jak potok płynie czas ..."
Przypadające w 2012 roku Stulecie istnienia dziś pod nową nazwą i w nowej siedzibie byłego Gimnazjum i Liceum im. kr. Bolesława Chrobrego w Leżajsku to szczególna okazja do refleksji i wspomnień wszystkich, a wyjątkowo już nielicznych najstarszych jego wychowanków.
Szczególne są oczekiwania i nadzieje ewentualnych uczestników Stulecia na godną chwili formę jubileuszowych uroczystości. Po zachowanych w pamięciach wspomnieniach z byłych obchodów Siedemdziesięciolecia i Dziewięćdziesięciolecia z okolicznościową kompromitującą publikacją Księgi Jubileuszowej tylko daj Boże, aby było inaczej. 
Pierwsze publikacje, które ukazały się już na temat Stulecia winny poruszyć ambicje szczególnie Dyrekcji, ale też nauczycieli i wychowanków.
 W pamięciach wychowanków pozostały różne wspomnienia, moje są przyczyną do tego opracowania.
Jako codzienność traktujemy okolicznościowe koleżeńskie rocznicowe zjazdy absolwentów, ale już z należytym szacunkiem po półwieczu.
Nie zaszczyci jubileuszowych okolicznościowych uroczystości swą obecnością z uwagi na stan zdrowia najstarsza żyjąca absolwentka z 1936 roku Chmiel Władysława (Burkowa).
Był w wiekowej historii leżajskiej szkoły jeden okres bardzo ciekawy, niepowtarzalny, na miarę świetności, ale i wyrzeczeń, dlatego tym bardziej godny wspomnień. Nie zrozumieją tego młodzi i ci, którzy nie uczestniczyli w tym czasie w życiu szkoły zarówno jako nauczyciele lub uczniowie.
Jak dotychczas nikt nie opisał faktycznych okoliczności i zdarzeń, jakie dokonywały się po reaktywowaniu we wrześniu 1944 roku Leżajskiego Gimnazjum i Liceum. Bez niepotrzebnych sporów czy był to czas wyzwolenia czy sowieckiej okupacji stała się rzecz niezwykła. Uruchomiono szkołę i rozpoczęto naukę w czasie działań wojennych, w atmosferze brutalnego przemarszu przez miasto Armii Radzieckiej, na terenie przyfrontowych działań i powstającego nowego państwowego ustroju. Jeszcze do drugiej połowy stycznia 1945 tylko 75 km od miasta stał na Wiśle pod Sandomierzem front działań wojennych niemiecko-radzieckich.
Chciała zaistnieć i powstawała w niecodziennych warunkach nowa Władza. Z dnia na dzień rosła legenda ówczesnego lokalnego bohatera Zasania - Wołyniaka.
W sześć tygodni po zakończonej pięcioletniej niemieckiej okupacji (24.07-1.09.1944) z inicjatywy lokalnej społeczności, a szczególnie nauczycielstwa reaktywowano prawie normalne zajęcia szkolne z przedwojennym programem nauczania. Podstawowym też ważnym powodem była konieczność znalezienia pracy dla 25 pedagogów, ale i pracowników administracji tj. sekretarki, bibliotekarza, tercjana i woźnego. To 27 osób w 5500. miasteczku bez jakiegokolwiek znaczącego zakładu pracy.
Od pierwszych dni roku szkolnego lokalne i w najbliższej okolicy zdarzenia prognozowały, że nadchodziły dla miasta i jego mieszkańców bardzo trudne czasy. Z tej przyczyny nie były obojętne dla uczniów najstarszych klas licealnych i tych, którzy z racji opóźnień wiekowych spowodowanych okupacją byli już integralną częścią dorosłego społeczeństwa. Jak się później okazało, jeszcze przez dwa lata mieli być świadkami i uczestnikami zdarzeń zwanych umownie - leżajskich lokalnych, powojennych niepokojów.
Każda pamięć o tamtych czasach jest inna, każdy miał już własne doświadczenie życiowe, każdy próbował układać sobie od nowa swoje życie. Wielu nie miało nic wspólnego z wyzwoleniem, dla wielu było normalnością, dla wszystkich nadzieją.
Co było powodem, że w czasie działań wojennych, w przyfrontowym mieście zaistniała i pozostała tak pozytywna ocena szkoły. Dlaczego właśnie ten okres był taki szczególny, godny wspomnień i pamięci. Mogło to stać się za przyczyną nigdy nie zapomnianych, wspaniałych pedagogów, którzy w czasie wojny znaleźli się w Leżajsku i zostali nauczycielami i wychowawcami otwartej szkoły. Przyjaźni, życzliwi, bezpośredni, a jednocześnie wymagający. Z olbrzymią wiedzą zawodową sprostali trudnym zadaniom edukacji młodzieży z psychicznym balastem pięcioletniej okupacji. Praktycznie bez podręczników, pomocy naukowych, w prowizorycznie urządzonych salach lekcyjnych, z młodzieżą siedzącą na kołyszących się ławkach i stołach zbijanych gwoździami potrafili z chwalebnym skutkiem przygotować ich do pracy zawodowej lub studiów, dając będącemu w potrzebie krajowi doskonałe kadry fachowców.
Społeczność uczniowska stanowiła młodzież nawet z pięcioletnim koedukacyjnym opóźnieniem, wyrosła w tak bardzo różniących się czasach.
II Rzeczpospolita, okupacja niemiecka, z repertuarem tragicznych osobistych przeżyć, szykan i represji.
W początkach nowego ustroju budowanego jeszcze przez dziewięć miesięcy tj. do zakończenia wojny w dniu 8 maja 1945 roku w bardzo trudnych kilku lat leżajskich niepokojów.

Do styczniowej radzieckiej ofensywy w 1945 towarzyszyły zajęciom szkolnym nawet czasem przy sprzyjających warunkach pogodowych słyszalne wybuchy bomb lotniczych i dział stojącego na Wiśle frontu. Na całej szerokości wschodniego frontu prawie każdej nocy łuny pożarów zasańskich wsi napawały trwogą wszystkich tych, którzy mieli tam swoje domy, rodziny i znajomych. Powstawanie nowej władzy w wewnętrznym zbrojnym konflikcie pełne było tragicznych zdarzeń. Gwałt, przemoc, ofiary ludzkich istnień w niecodzienności pseudouczniowskiego życia nie były obojętne dla całej uczniowskiej społeczności. Na swoistą atmosferę tamtych lat miały wpływ przeżycia uczestników czasem nawet z przejawami beztroskiej młodości.
Wśród najmłodszych uczniów czternastolatków znaleźli się byli partyzanci, junacy Baudienstu, pracownicy z konieczności lub przymusu różnych firm okupacyjnych nie akceptujący powstawania nowej rzeczywistości, ale i zauroczeni nową wizją przyszłości.
Nie brakło pod stałą kuratelą rodziców maminych córeczek i synków nie pasujących do chwili i otoczenia.. Zaangażowanie, chęci i zapał pozwalały na pokonania wszelkich trudności i sytuacji wydawających się często bez wyjścia. To wszystko mogło mieć jedynie miejsce wśród nigdy nie zapomnianych wspaniałych wychowawców: ks. Jana Dudziaka, Stefanii Piotrowskiej, Władysława Klimka, Władysława Leśniakowskiego, Stanisława Iwanowicza czy Kazimierza Baja.
Absolwenci w 1947 roku praktycznie zamknęli pookupacyjne zaległości edukacyjne młodzieży gimnazjalnej. W późniejszych latach pozostała w szkole młodzież, dla której jedynym problemem była już tylko normalna nauka.
Wspomnienia uchronią od zapomnienia opisane zdarzenia i sytuacje, które stały się dziejami szkoły. Ich niecodzienność pozwala przypuszczać, że w tej formie powtórki z historii już nigdy nie będzie.
Wystarczyły na klasę dwa lub trzy przedmiotowe  podręczniki marne zalewające zeszyty często zastępowane makulaturą po okupacyjnych kontyngentowych drukach, ręcznie malowane mapy i nieliczne zaczytane strony obowiązujących szkolnych lektur.
Jaką noszono garderobę i obuwie.
Większość z międzywojennych rodzinnych zapasów uzupełniono częściami polskiego i niemieckiego żołnierskiego umundurowania. Zawsze budziły zachwyt i były marzeniem - buty z cholewami. Powojenna moda bez sezonowych zmian ze swoistym wdziękiem szanowała cery i łaty.
Na przerwach międzylekcyjnych najczęściej posilano się chlebem ze serem, jajkami na twardo, rzadko pachniało czosnkową kiełbasą lub czujną słoniną.
Na przerwach wśród młodszych roczników często rozmawiano używając gwary. Na pierwszej wywiadówce ku zaskoczeniu opiekuna klasowego zjawił się rodzic półanalfabeta. Koniecznością stało się usankcjonowanie przez Dyrekcję szkoły oficjalnej uczniowskiej palarni papierosów zwanej ciukiciarnią. Za pisemnym przyzwoleniem rodziców na przerwach zaciągano się skrętami z samosiejki, partyzanckim później nawet Camelami z unrowskich darowizn.
Pierwsze Dni Oświaty 2 maja 1945 obchodzono w formie wagarów prawie całej szkoły. Pomimo prawdziwej kulturalnej zabawy na Bagienku w Klasztornym Lesie nazajutrz reprymendy ze strony Dyrekcji było wiele, bo Władze w politycznym widzie bardzo krytycznie i podejrzliwie oceniły uczniowskie wybryki.
Z repertuaru wisielczych uczniowskich kawałów zbulwersował całe społeczeństwo, a szczególnie Dyrekcję szkoły nekrolog wychowanka Franciszka Muskusa z fragmentem tekstu - zmarł tragicznie w podróży za szpurtowym ubraniem. Czasowa nieobecność ucznia w klasie, wystarczyła aby zakpić ze szkolnego Casanowy chwalącego się chęcią kupna modnego wówczas ubrania.
Na organizowanym systematycznie corocznie klasowych rocznicowych zjazdach spotykają się koleżanki i koledzy. Jak różne i przedziwne były i są ich życiowe drogi. Znani lub zupełnie nieznani, zagubieni w ludzkim tłumie. Jeżdżący, wożeni i depczący piechotą. Z tytułami, stanowiskami lub bez nich. Wyżej lub niżej na drabinie społecznej hierarchii. Butni, pyszni i normalni ludzcy na co dzień i dla wszystkich. Z kontami lub bez kont nawet polskich złotówek. Przepychający się przez życie wiedzą, pracą, stosunkami, układami, księża i polityczni kacykowie, z rożnym uczuciem do dawnych lat i tak różnie oceniani przez rówieśników, kolegów, a szczególnie przez społeczeństwo.

W pierwszą niedzielę sierpnia 1944 roku w ogłoszeniach parafialnych ks. Józef Gorczyca zapowiedział o rychłym rozpoczęciu zajęć w nowym roku szkolnym miejscowego Gimnazjum. Odwiedziłem z kolegami byłe gimnazjum, zastana sytuacja nie pozwalała na pozytywną ocenę, pootwierane budynki, gruz, śmiecie w izbach, klatki po królikach. W prawym skrzydle czynna była przyfrontowa odwszalnia Armii Radzieckiej. Obok na dziedzińcu na drewnianych kozłach z żerdzi o specyficznym zapachu suszyły się żołnierskie szynele i gimnaściorki.
Dużo czasu spędziliśmy z sąsiadem i kolegą Edkiem Świeżawskim siedząc na zimnej skarpie przed domem jego wuja przyszłego profesora Edwarda Serafina. Pasjami obserwowaliśmy jadące bez przerwy w kierunku Łańcuta oddziały radzieckie. Komentarzy zawsze było wiele, bo bardzo różnili się od poprzednio jadących żołnierzy niemieckich. Namiętnie paliliśmy skręty z tytoniu kupowanego na wagę u Rudzia Charysza. Do zajmowanej przez niego izby służącej za mieszkanie dla całej rodziny wchodziło się bezpośrednio z ulicznego chodnika. W takich i jeszcze gorszych warunkach mieszkały całe rodziny nawet z maleńkimi dziećmi wysiedlone ze Wschodu.
Na tydzień przed rozpoczęciem nauki odwiedziliśmy znowu budynki przyszłego gimnazjum.
- Jak do szkoły to tam do kancelarii - poinformował nas przyszły tercjan Jan Omiatacz. Zrobił na nas wspaniałe wrażenie. Myśleliśmy, że poznaliśmy jednego z przyszłych profesorów. Tercjan Jan Omiatacz był uosobieniem powagi, autorytetu i dobroci. Później cały czas pobytu w szkole, aż do matury darzyliśmy go wielką sympatią. Kto z dotychczas piszących pamiętał o pierwszej sekretarce Stanisławie Opioła czy woźnym Piotrze Kulpie.
W ostatnich dniach sierpnia 1944 roku, przy obiedzie, mój ojciec powiadomił domowników, że przychylił się do prośby leżajskiego proboszcza ks. Józefa Gorczycy i użyczył w naszym domu bezpłatnie mieszkania przyszłemu gimnazjalnemu katechecie. Rozmawiał już z nim na ten temat na probostwie. Nieznany nam przyszły ksiądz katecheta miał przyjechać do nas na dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Wieczorem wasążkiem, z Woli Zarczyckiej przyjechał ks. Jan Dudziak. Całym jego bagażem była poduszka owinięta kocem i niewielkie kartonowe pudło. Większą wyprawę przywiózł Jego siostrzeniec Miecio Czudak, który miał mieszkać razem ze mną i chodzić do gimnazjum o klasę niżej. Nie było czasu na bliższe poznanie i pogaduszki. Ujek tj. ks. Dudziak wnet zarządził spanie przed jutrzejszym rozpoczęciem roku szkolnego. Miecio zły, klnąc cicho pod nosem poszedł spać, ja jeszcze do kolegów na ulicę. To wymuszone działanie, sen na komendę było zapowiedzią, że czeka mnie ciężki, ale ciekawy żywot w domu i szkole pod dodatkową kuratelą ks. Dudziaka.
Mieszkał u moich rodziców do czasu zorganizowania i uruchomienia Bursy gimnazjalnej, do września 1945 roku, której został kierownikiem.
Prawie codziennie wieczorami, do późnych godzin nocnych, czasami do wypalenia nafty w lampie prowadził z moim ojcem wielotematyczne dyskusje. Przez uchylone drzwi docierały do mnie fragmenty bardzo ciekawych treści rozmów. To było powodem, że dużo wiedziałem o szkole, układach, uczniach, a szczególnie o polityce i sytuacji w mieście i okolicy. Przynajmniej raz w tygodniu, pod pozorem pomocy w przyswajaniu szkolnej wiedzy byłem wołany do mieszkania ks. Dudziaka. Tam po kilkuminutowych zdawkowych jego pytaniach i moich odpowiedziach rozpoczynała się właściwa rozmowa zupełnie nie o nauce. Ja uczestnicząc osobiście z ciekawości w wielu wizjach lokalnych zdarzeń mogłem mu przekazać na ten temat wiele informacji. Szczególny był luty 1945 roku po wymordowaniu w mieście Rusinów- Ukraińców i Żydów. Prawie nie miałem wśród kolegów partnerów wśród ewentualnych na ten temat dyskusji. Nie zawsze jest prawdą to co na temat tych zdarzeń napisano. Dzisiaj często powracam pamięcią do tych pozyskanych informacji będących już tragiczną historią.
Żaden z byłych wychowanków nigdy nie zapomni o wyróżniającym się wśród grona profesorskiego wybitnym pedagogu, jedynym prawdziwym przyjacielu młodzieży w tak ciekawych i trudnych do przeżycia czasach.
Ks. Jan Dudziak - konspiracyjny pseudonim "Sardos" (1894-1959) pochodził z Woli Zarczyckiej. Był kapłanem o nieprzeciętnej pobożności, ascetą, kaznodzieją, człowiekiem, który zawsze dobro innych przedkładał nad własne. Nigdy niczego nie posiadał, wszystko oddawał potrzebującym. Było ich wśród szkolnej młodzieży wielu. W czasie wojny i okupacji był członkiem i olbrzymim autorytetem dla działaczy NOW-AK w Woli Zarczyckiej, kapelanem i kierownikiem miejscowego tajnego nauczania.
Pracując w Leżajskiej Wytwórni Tytoniu Przemysłowego, dzięki dyskretnemu przyzwoleniu ówczesnego jej Dyrektora Tadeusza Podrackiego mogłem zorganizować wyjazd samochodem do Woli Zarczyckiej na pogrzeb ks. Jana Dudziaka w dniu 8 czerwca 1959 roku. Skorzystali z tego wszyscy wychowankowie ks. Dudziaka mieszkający w Leżajsku. Okolicznościowa fotografia z fragmentu konduktu pogrzebowego była powodem późniejszych moich kłopotów z miejscową polityczną Władzą.
Na zdjęciu z wieńcami: Helena Kmieć Halewska, Helena Tyczyńska Nowicka, Łucja Pawul Stefańska, Juliusz Urbański, Danuta Błaszczyna Kiełbowicz i inni nie rozpoznani.

Na rozpoczęciu roku szkolnego 1944 była tylko msza w Farze odprawiona przez ks. Dudziaka. Później, kiedy zbieraliśmy się na dziedzińcu gimnazjalnym obok ul. Mickiewicza w kierunku Niska przejechała dość liczna jednostka czołgów radzieckich.

Na dziedzińcu gimnazjalnym zebrało się bardzo różne wiekowo towarzystwo. Była bardzo liczna grupa tej prawdziwej młodzieży, dwie grupy starsze jedna prawie dojrzałych i grupa wyraźnie przejrzałych, co widać było po wyglądzie i zachowaniu. Wśród nich był mój kuzyn były lwowianin Staszek Szczęk, jedyny w kapeluszu na głowie. Dołączyłem do tej grupy prawie dojrzałych, wnet okazało się, że trafiłem dobrze. Do każdej z takiej grupy przychodzili różni profesorowie i z list wyczytywali nazwiska uczniów poszczególnych klas. Moje nazwisko wśród maleńkiej grupy wyczytała nazwiska prof. Irena Zawilska. I tak stałem się uczniem normalnej IV klasy gimnazjalnej. Tak nazywano klasy z dziesięciomiesięcznym okresem nauczania. Profesor Zawilska po wyczytaniu zaledwie kilku nazwisk powiedziała
- dzień dobry, wszyscy jesteście uczniami normalnej IV klasy gimnazjalnej, proszę za mną.
Tak nas przywitała i tak poznałem swoją pierwszą wychowawczynię. Weszliśmy do prawego skrzydła budynku byłego dworku starościńskiego siedziby gimnazjum. Wszystkie ściany korytarza obstawione były pociętymi na wymiary stołów i ławek półsurowymi deskami. Pod ścianami leżały sterty strużyn stolarskich. Pachniało jak w hali gatrów w tartaku.

Jeszcze do końca grudnia dwóch stolarzy Ludwik Kuczek i Jan Woźniak robili stoły i ławki zbijane tylko gwoździami. To oni praktycznie umożliwili uczniom korzystanie z wykładów na lekcjach.
W tej scenerii nasza klasa. Małe wąskie pomieszczenie, w nim trzy przedwojenne ławki szkolne pachnące trochę niedomytym Korzeńcem, stolik, krzesło dla nauczyciela. Bardzo przykre wrażenie robił stojący rachityczny krzywy kaflowy piec, puste ściany bez godła i krzyża.

Było nas siedmioro: Betka Antonika, Baran Wiesław, Szwaja Henryk, Piziak Bogdan, Poliwka Józef, Skowronek Stanisław i ja Urbański Juliusz.
Za sąsiadów mieliśmy czteroosobową normalną I – licealną: Dec Zygmunt, Dolny Janusz, Maleszy Leokadia i Żmudziński Krzysztof.
W głównym budynku znalazła pomieszczenie normalna III klasa gimnazjalna: Dolna Danuta, Kmiotek Krystyna, Kijowska Barbara, Tołpa Maria, Bartuś Aniela, Jakubiec Danuta, Dubiel Jagienka, Eustachiewicz Anna, Stąpor Józef Zbigniew, Burda Adam i Czudak Mieczysław.
Stan liczebny uczniów klas normalnych w roku szkolnym 1944/45 jest jednoznaczną oceną i potwierdzeniem w jakim zakresie w czasie okupacji było na leżajszczyźnie zorganizowane tajne nauczanie.
Wszyscy autorzy publikacji na temat tajnego nauczania na szczeblu gimnazjalnym nie z niewiedzy, ale celowo przemilczają sprawy związane z odpłatnością. Około 80% uczniów klas normalnych w roku szkolnym 1944/45 to młodzież, która korzystała z płatnych lekcji tajnego nauczania. Moi rodzice, aby uregulować należności za udzielane mi lekcje zmuszeni zostali w maju 1844 roku do sprzedaży wagi szalkowej. W domu rodzinnym nie było głodno ani chłodno, ale było ciężko.

Niecodzienne zdarzenia w mieście i okolicy równocześnie absorbowały społeczeństwo i młodzież przeszkadzając normalnym zajęciom szkolnym.

W kilka dni po rozpoczęciu nauki trudno było nie zauważyć, że społeczność szkolna to cztery różniące się między sobą organizmy. Pierwszy to Dyrekcja, oficjalnie urzędowo chcąca na siłę reaktywować szkołę na podobieństwo przedwojennego wzorca, nie biorąc chyba pod uwagę wieku uczniów. Druga to pragmatyczna grupa, dorosłych uczniów, która chciała tylko w najprostszy i bezkonfliktowy sposób zdać maturę. Trzecia to młodzież w opozycji do powstającej nowej władzy. Czwarta to najmłodsi czternastolatkowi i wszyscy pozostali obojętni do istniejących zdarzeń i sytuacji.

W roku szkolnym 1944/45 w normalnej IV gimnazjalnej, w roku 1945/46 w normalnej I licealnej byliśmy nietypowymi kilkuosobowymi klasami. To powodowało specyficzny sposób prowadzenia lekcji, stałego przepytywania, bardzo bliskiego kontaktu z nauczycielami, co miało olbrzymi wpływ na wyniki nauczania. Normalną 36-osobową klasą przedmaturalną zostaliśmy dopiero w roku szkolnym 1946/47.

12 stycznia 1945 roku ruszył na zachód stojący od lipca ub. roku na przyczółku sandomierskim front niemiecko-radziecki. Jeszcze przez wiele nocy przejeżdżały przez miasto formacje Armii Radzieckiej. W ostatnich dniach stycznia wyjechała z miasta Radziecka Wojenna Komenda Miasta z towarzyszącą jej placówką NKWD. Zniknął stojący lub siedzący prawie codziennie na schodkach kamienicy Bauerów na przeciwko Gimnazjum żołnierz, funkcjonariusz NKWD obserwujący wchodzącą i wychodzącą młodzież. W kilka dni po Konferencji Jałtańskiej (4-11.02.1945) nauczycielka historii w naszej klasie Hebak Janina, korzystając na wykładzie z artykułu prasowego gazety Wolność zakończyła lekcję słowami:
- zapamiętajcie sobie to nasi zachodni przyjaciele zdradzili nas po raz drugi.

Miasto żyło w atmosferze panicznego strachu. Tylko w lutym 1945 roku, w różnych okolicznościach i różni sprawcy zamordowali: 12 Polaków, 25 Rusinów-Ukraińców, 12 Żydów i 2 żołnierzy sowieckich, rzekomo dezerterów NKWD.



Czy liczne morderstwa lub jakie inne okoliczności były powodem, że też w lutym wznowił działalność Rzeszowski Okręg Stronnictwa Narodowego. Ówczesny jego komendant Marecki Kazimierz (1910-1999) ps. „Żmuda”, „Tadeusz” mianował na komendanta obwodu Narodowej Organizacji Wojskowej Łańcut leżajszczanina Więcława Ludwika nadając mu pseudonim „Zenon”. Najbliższymi jego współpracownikami zostali: komendant placówki Leżajska Tryczyński Zdzisław ps. Orion i łącznik sztabowy Stocki Kazimierz ps. Jacek.

W kilka dni po tym „Zenon” polecił „Orionowi”, aby na terenie leżajskiego Gimnazjum z ówczesnych byłych członków okupacyjnej NOW zorganizować drużynę żandarmerii wojskowej nazywaną później w różnych dokumentach drużyną młodych studentów.

W założeniach celem zorganizowanej drużyny żandarmerii wojskowej wg relacji jej pierwszego komendanta Białkowskiego Stanisława ps. Tomek było:
- utrzymanie ładu i porządku w szeregach organizacji
- zabezpieczenie organizowanych spotkań i zebrań
- wyłapywanie osobników podszywających się pod organizację i dokonujących morderstw, rabunków i kradzieży
- konfiskata nielegalnie posiadanej broni
- wspomaganie w razie potrzeby bojowej drużyny NOW Nera Emila ps. Narcyz

Dzięki możliwości posiadania kserokopii dokumentów:
- protokołu przesłuchania przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego
- protokołów postanowienia Najwyższego Sądu Wojskowego
- protokołów postanowienia Sądu Wojewódzkiego II Wydział Karny
- opisu kart z archiwum Inspektoratu NOW w Leżajsku
- relacji Białkowskiego Stanisława ps. Tomek
- relacji Buszty Józefa z przejęcia przez PUBP nielegalnie zmagazynowanej broni w skrytce budynku gospodarczego Bursy Gimnazjalnej
- własnych wspomnień

Bezspornie ustalono, że w lutym 1945 roku Białkowski Stanisław i Oleszkiewicz Marian z klasowych kolegów zorganizowali drużynę żandarmerii wojskowej, której członkami byli:
Białkowski Stanisław ps. Tomek, Oleszkiewicz Marian ps. Lot, Stąpor Henryk ps. Łapa, Stąpor Roman ps. Wrzos, Błaszkowicz Jan ps. Dąb, Dec Tadeusz ps. Grom, Dec Wiktor ps. Orkan, Maryńczak Lesław ps. Barski, Dublaga Henryk ps. Lasota, Jędrzejowski Jan ps. Jemioła oraz inni, których z powodu braku dowodów potwierdzających ich działalność nie wymieniam. Członkowie żandarmerii wojskowej w zeznaniach przed funkcjonariuszami WUHP z premedytacją nazywali się drużyną młodych studentów dla złagodzenia skojarzeń z pospolitym wizerunkiem żandarma. Dowodami działalności drużyny żandarmerii są cytowane z dokumentów fragmenty"
- w jesieni 1945 r. dostałem polecenie od „Śląskiego”, aby wezwać drużynę „Narcyza” (Ner Emil) i młodych studentów, których zwierzchnikiem był Białkowski Stanisław pseuda nie pamiętam i z nimi miałem przeprowadzić łapankę złodziei dewastujących lasy w okolicach Malenisk.

… napad na magazyny Spółdzielni, skąd zabrano większą ilość zboża. W napadzie brała udział drużyna „Narcyza” i młodych studentów

- drużynie studentów poleciłem przejść na szosę Leżajsk – Sokołów i tam w okolicy gajówki Deca urządzić zasadzkę w celu złapania bandytów, którzy tam urządzili napady rabunkowe

- w listopadzie drużyna studentów użyta była przeze mnie na polecenie „Śląskiego” do aresztowania Idzika Stanisława i Wlazły imienia nie pamiętam, jako podejrzanych o popełnienie morderstwa na osobie Karasińskiego Bronisława. W krótkim czasie po tym na polecenie „Śląskiego” – „Tada” z oddziału Wołyniaka aresztował na terenie wsi Giedlarowa Dzioba, imię nie jest mi znane, podejrzanego o zabójstwo Gduli Edwarda.

- prawdopodobnie 19.01.1946 r. ja wraz z „Metalem” i Stąporem Romanem pseudonimu nie pamiętam mieliśmy przypilnować, aby tytoń nie został rozkradziony.

- … wziął konia od brata i przewiózł broń od Błaszkowicza Jana do Skóry Jana.

W roku szkolnym 1945-46 do trzech maturalnych klas uczęszczało prawie stu wychowanków. Jedna z tych klas nie z przypadku nazywana była partyzancką. Przypuszczam, że dobór uczniów nie był przypadkowy, wiedzieli sąsiedzi, jak kto siedzi.
W tej klasie już w przedmaturalnej atmosferze w dniu 29 kwietnia 1946 roku PUHP w Łańcuta aresztuje jednego z uczniów Dublagę Henryka. W miesiąc po maturze jego klasowych kolegów Dublaga Henryk w dniu 18 lipca 1946 roku wyrokiem Wojewódzkiego Sądu w Rzeszowie skazany został na 8 lat więzienia. Cytat z uzasadnienia wyroku:
- próba obalenia przemocą demokratycznego ustroju Państwa Polskiego.
Natychmiast po aresztowaniu Dublagi Henryka prawdopodobnie poczuwały się do winy jego klasowi koledzy zagrożeni aresztowaniem opuszczają Gimnazjum i wyjeżdżają z Leżajska. Jan Błaszkowicz i Stanisław Białkowski wyjechali do Lęborka. Tam w Liceum im. Stefana Żeromskiego Dyrektorem był Stanisław Iwanowicz były profesor leżajskiego Liceum, który umożliwił im zdanie matury już  19 czerwca 1946 roku, znając doskonale sytuację i okoliczności. 
Nie ustalono, gdzie wyjechali i zdali egzamin dojrzałości też w roku 1946 następni uczniowie - Dec Tadeusz i Dec Wiktor.
Nie otrzymałem odpowiedzi na korespondencję wysłaną do rodziny Deca Tadeusza. Szanuję decyzję i prywatność, ale wiem jaka mogła być przyczyna braku odpowiedzi.
Dzięki ogłoszeniu przez ówczesne  Władze pierwszej amnestii postanowieniem Wojskowego Prokuratora w Rzeszowie z 13 marca 1947 roku Henryk Dublaga skorzystał z dobrodziejstwa państwa i został zwolniony z więzienia w Rzeszowie. Już w czerwcu, jako jedyny ekstern w historii szkoły zdał egzamin dojrzałości w mojej grupie absolwentów. Z uwagi na zaistniałe później okoliczności warto przypomnieć o dalszych tragicznych życiowych losach Dublagi Henryka. 
28 maja 1949 roku o godz. 6 rano w okolicy Śnieżki koło Karpacza został zatrzymany i przekazany władzom WPHP w Rzeszowie przy próbie  nielegalnego przekroczenia granicy państwowej. Przewieziony do Rzeszowa wyrokiem Wojskowego Sądy Rejonowego w dniu 24 czerwca 1950 roku skazany został na łączną karę 15 lat więzienia, utratę praw publicznych i obywatelskich, praw honorowych i przepadek mienia. 
Wśród dziesięciu różnej treści jego oskarżeń są dwa, które zmuszają do powrotu do wspomnień o leżajskim liceum.
Pozwalam sobie zacytować je z aktu oskarżenia"
- do drugiej połowy marca 1947 roku w komórce należącej do Bursy Gimnazjalnej w Leżajsku przechowywał bez zezwolenia władz znaczne ilości broni palnej, amunicji i innych urządzeń bojowych
- w marcu 1945 roku w Sarzynie pow. Łańcut działając w drużynie studentów Związku NOW brał udział w zaborze przy użyciu przemocy karabinu Mauser na szkodę nieustalonego gospodarza (członek PPR).
Nie ustalono w jakich okolicznościach choroba, amnestia itp. Dublaga Henryk został warunkowo zwolniony z więzienia w Rawiczu 13 lipca 1954 roku. Nie powiodły mu się próby kontynuowania studiów na Uniwersytecie w Poznaniu.
Zdarzenia przejęcia i konfiskaty broni na terenie Bursy gimnazjalnej doskonale pamięta i zrelacjonował żyjący świadek Buszta Józef.
Byłem jednym z mieszkańców Bursy, której kierownikiem i wychowawcą w tym czasie był ks. Jan Dudziak. Pewnego dnia rano obudzeni zostaliśmy odwiedzinami kilkunastu funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, w szczególności zainteresowanymi drewnianą szopą- drewutnią stojącą na obejściu. Nie znam ich rozmów z księdzem Dudziakiem. W dalszych czynnościach funkcjonariusze po oderwaniu kilku desek ze ściany szopy, ze schowka w podwójnej ścianie wyciągnęli różnego rodzaju broń i inne przedmioty, układając to wszystko na trawniku w pobliżu otworu w ścianie. Przy rozłożonej w formie ekspozycji znalezionej broni ustawili krzesło i kazali na nim usiąść ks. Dudziakowi, dokumentując to zdarzenie zdjęciami. Jedna z tych fotografii wg. informacji Janusza Dolnego z wiadomości uzyskanej od siostry Dublagi - Marii miała być dowodem rzeczowym na rozprawie Henryka w dniu 24 czerwca 1956 roku.
Ostatnio, zupełnie przypadkowo wspominaliśmy nasz pobyt w Liceum z klasowym kolegą Henryka Dublagi Janem Kuprasem.
Ku memu całkowitemu zaskoczeniu opowiedział mi zupełnie nieznane zdarzenie z magazynem broni w Bursie gimnazjalnej.

W tamtych latach mieszkańcami Bursy byli też jego koledzy klasowi - Emilian Ozimek i Kazimierz Markocki. Zupełnie przypadkowo odkryli schowek z bronią. W tym czasie było wielu chętnych nabycia broni, której poszukiwano celem obrony przed codziennymi rabunkami i kradzieżami. Jednej nocy postanowili uszczuplić dość zasobny magazyn z bronią o jeden niemiecki pistolet maszynowy MP. Wnet znaleźli kupca, a dość poważna gotówka zasiliła puste kieszenie uczniowskie. (Jesień 1945 lub wiosna 1946).

Dzięki możliwości korzystania z kserokopii opisu dokumentów z archiwum Inspektoratu NOW w Leżajsku można uzupełnić wiedzę o drużynie młodych studentów. Wszystkie opisy sygnowane są własnoręcznym podpisem Ludwika Więcława.
 Cytaty:
- Zawiera spis ewidencyjny członków organizacji NOW na terenie pow. Łańcut. Są to "Lasota" tj. Dublaga Henryk zam. w Leżajsku, Al. Klasztorna (Bursa) matka jego jest gospodynią bursy. Posiadał on broń lecz nie przypominam sobie jaką i czy do dnia dzisiejszego posiada tego też nie mogę powiedzieć. "Bil" imienia i nazwiska nie znam, uczeń 1 lub 2 klasy licealnej, członek organizacji NOW w placówce Nera Emila zam. w Leżajsku. Wyjechał do wyższych szkół. "Burza" imienia i nazwiska nie znam, lat około 20, uczeń 2 klasy licealnej, ostatnio wyjechał na wyższe studia. "Barski" Maryńczak Leszek członek NOW drużyna "Lota". Wiadomo mi, że posiadał broń tj. pistolet kaliber 9 mm. "Jemioła" tj. Jędrzejowski Jan czy posiadał broń tego nie wiem. Obaj zamieszkiwali w Leżajsku, jeden z nich "Barski" przy ul. Sanowej, zaś drugi Jędrzejowski przy ul. Ogrodowej. 
(k. 165)
- Jest to pokwitowanie na 4500 zł pobranych z Komendy Powiatu przez "Groma" tj. Deca Tadeusza zam. ul. Siedlanka. Pieniądze te były pobrane 2 marca 1945 roku na zakup broni dla organizacji, w tym przypadku dla jego drużyny. Nazwa "Łuczywo" jest to kryptonim Komendy Powiatu Łańcuckiego od stycznia do września 1945.
(k. 309)
- Jest to pokwitowanie pisane przez "Tomka" tj. Białkowskiego Stanisława na 1000 zł, które pobrał z Komendy Powiatu w dn. 12 lutego 1945 roku.
(k. 311)
- Przedstawia pokwitowanie odbioru 1300 zł pobranych ode mnie przez Stąpora Romana ps. Wrzos w grudniu 1945 roku. Był mianowanym drużynowym żandarmerii mającej za zadanie utrzymanie ładu i porządku w szeregach własnej organizacji przy placówce Leżajsk.
(k. 351)
- Jest to pismo pisane przeze mnie i podpisane "Kłos" w dniu 19 kwietnia 1946 roku do Dyrektora Gimnazjum w Leżajsku Ob. Gduli Stanisława, w którym zwracam się do niego o wydanie dla potrzeb organizacji powielacza przesyłając mu w załączniku 2750 zł , jako kwotę, którą za ten powielacz rzekomo miał nabyć w sklepie komisowym Józefa Sokala. Pismo to przesłałem za pośrednictwem "Sylwestra" lecz w/w nie zgodził się na wydanie tego powielacza. O działalności jego na korzyść naszej organizacji nie jest mi wcale wiadomo.
(k. 644)
- List pisany do mnie jako Komendanta Inspektoratu "Hanka" w dn. 12.01.46. przez członków placówki szkolnej w gimnazjum w Leżajsku, którzy byli wciągnięci do organizacji NOW przez "Oriona". W liście tym uskarżają się na złe traktowanie ich przeze mnie, ponieważ w tym czasie wydaliłem ich z organizacji za pijaństwo. Jest mi wiadomo, że wyjechali na studia na inne tereny słysząc następnie o tym, że w okresie amnestii część z nich ujawniła się. 
(k. 831; 832)
- List pisany do mnie w sprawach zupełnie prywatnych przez Błaszkowiczową, imienia nie znam, zam. w Leżajsku. Jak sobie przypominam w/w chciała się ze mną zobaczyć ażebym ja interweniował u jej syna Jana, który należał do NOW pod ps. Dąb, ażeby zaprzestał chodzenia z kolegami i picia, a wziął się do nauki i myślał o przyszłości. W/w został przeze mnie zwolniony z organizacji.
(k. 851)
- List pisany w dn. 21.05.1946 z Lęborka zatytułowany Kochana Mamusiu i Ciociu przez nieznanego człowieka, który jak z treści wynika nie jest związany z organizacją (autor Błaszkowicz Jan).
(k.887)
- Prośba pisana w dn. 5.10.1946 r. przez członków organizacji NOW ps. "Orkan" i "Łapa" do mnie w sprawie pożyczenia im pewnej kwoty pieniężnej na wyjazd na tereny zachodnie, z powodu spalenia na tutejszym terenie, względnie wpłynięcia z mojej strony na Dyrektora Gimnazjum w Leżajsku w sprawie wydania im dyplomu dużej matury. Prośba ta została przeze mnie załatwiona negatywnie, ponieważ nie posiadałem w tym czasie gotówki, ani nie miałem wpływu u Dyrektora Gimnazjum.
(k. 947)
- Wykaz broni, którą organizacja skonfiskowała u ludzi, którzy nie należeli do organizacji tj. 2 Steny, 1 karabin, 1 Colt, 3 FN, 1 P 38, 1 Pepesza, 1 Nagan. Broń tę Stąpor Roman ps. Wrzos miał do swojej dyspozycji i 18.10.1945 r.  poleciłem mu tę broń złożyć do schronu u Skóry Jana. 
- Kwity wypisane przez "Narcyza" w związku z wydaniem przez niego członkom organizacji NOW broni i amunicji z magazynu Komendy Obwodu. "Grom" nazwisko Dec Tadeusz z Leżajska pobrał 10 naboi 9 mm. "Tomek" nazwisko Białkowski Stanisław pobrał 80 szt. naboi od Stenia i dwa magazynki.
(k. 466)
- Prywatny list pisany przez "Groma" tj. Deca Tadeusza z Leżajska z daty 2.01.1945 r. , w którym prosi mnie o udzielenie mu wskazówek, w jaki sposób ma postąpić, gdyż był zatrzymany przez Wojenną Komendę w Leżajsku, że nie chciał iść do Wojska Polskiego. Ja mu na to odpowiedziałem niech robi co uważa. W/w zgłosił się później do Wojska Polskiego, gdzie służy do dzisiaj.
(k. 2322)
- Pismo z 28.08.1946 r. członka organizacji NOW placówki Leżajsk na zakup książek szkolnych, gdyż w tym czasie uczęszczał do Liceum w Leżajsku. Autor to "Korniakt" nazwiska nie znam, "Narcyz" doręczył mu zapomogę w sumie 500 zł.
(k. 907)
W tym opracowani nie były w moim zainteresowaniu losy już absolwentów leżajskiego liceum byłych członków żandarmerii wojskowej NOW. W różnych publikacjach można spotkać mniej lub bardziej szczegółowe opisy ich życiowych losów. Często unikali ujawniania życiowych zdarzeń. Żyjący świadkowie tamtych lat pamiętają, że każdy kto choć troszeczkę popsuł krwi nowej władzy ujawniał się, był amnestiowany, karany sądownie, podpisywał lojalkę lub był współpracownikiem.
Czy można wspominać działalność opozycjonistów leżajskiej młodzieży licealnej w latach 1945/46 równocześnie zapomnieć o ich kolegach z roku 1918.
Były to też ciekawe zdarzenia, które z publikacji T. Spissa "Ze wspomnień c.k. urzędnika..." pozwalam sobie udostępnić.
Z 17 na 18 lutego 1918 w nocy nieznany sprawca skradł portret austriackiego cesarza Karola I z poczekalni II klasy na stacji kolejowej w Leżajsku, którego to portretu ramy połamano, szkło potłuczono, zaś portret przebił przez szyję i takowy na sznurku w Rynku w Leżajsku zawiesili na drzewie akacjowym, na którego swego czasu powieszono przez wojska austriackie w 1914 roku tut. mieszkańca Horodyńskiego (winno być Horodysa).
O powyższy czyn są silnie podejrzani uczniowie tut. gimnazjum realnego z VI klasy Kowalik z Królestwa Polskiego i Zygmunt Kijas z Leżajska oraz ich towarzysze, gdyż tej samej nocy, której został popełniony powyższy czyn, spotkał tychże na ulicach w Leżajsku patrolujący wachmistrz Teodor Pytlar, jak ci na okna i domy żydowskie rzucali kamieniami i na tym czynie wachmistrz Zygmunta Kijasa przyłapał i doniesienie do c.k. Sądu Powiatowego w Leżajsku do 1 cz. 618 przez tut. posterunek wpłynęło.
Dnia 8.03.1918 podczas dochodzeń zeznał wachmistrzowi Władysław Kwieciński z Wierzawic, że 18 lutego 1918 r. około godz. pół do szóstej rano szedszy do kościoła spostrzegł wiszący portret Cesarza na wspomnianym drzewie, zawołał tut. policjanta Michała Federkiewicza, a gdy Federkiewicz oglądnął, Władysław Kwieciński portret z drzewa zdjął i ze sobą zabrał. Gdzie i komu oddał Władysław Kwieciński zdjęty z drzewa portret tego wachmistrzowi zapodać nie chciał i zaprzeczył, jakoby on ten portret z drzewa zdejmował. Naczelnik stacji kolejowej w Leżajsku Bieniek podczas dochodzenia 8.03.1918 roku podał wachmistrzowi, że rzeczywiście z poczekalni kolejowej II klasy w Leżajsku portret Cesarza Karola I przez nieznanych sprawców został skradziony, zaś ramy tegoż dnia połamane w rowie gościńca obok stacji widział.
       W gimnazjum prywatnym w Leżajsku jest od dłuższego czasu uprawiana propaganda narodowa. Gimnazjum to wydaje się być po prostu kuźnią narodowych polskich wybryków. Propaganda ta według wszelkiego prawdopodobieństwa wychodzi od profesorów i jest przez nich jak najusilniej podsycana.
Powtarzają się wypadki, że przetrzymywani przez żandarmerię legioniści, dezerterzy są przez uczniów gimnazjum uwalniani, albo uwodzeni do ucieczki. Pogromy Żydów aczkolwiek mniejszego stopnia już są teraz urządzane, tak, że należy się obawiać, że istnieje tam organizacja, która zdąża do celów powstańczych.
Zachowanie się uczniów gimnazjalnych jest coraz więcej bezczelne i ofensywne, stan, który daje podstawę do wielu myśli.
Wypadek powyższy zdaje się być skombinowany przez tutejszych Żydków, a to z następujących względów. Po usunięciu dwóch uczniów żydowskich Lejby Reichenthala i Mozesa Ratha z tutejszego gimnazjum przyjął tych uczniów na lekcję profesor Peszko za wynagrodzeniem, czemu byli przeciwni inni uczniowie, a w szczególności Antoni Kowalik, Jerzy Zawilski i Zygmunt Kijas odgrażając P...., że jeżeli nie ustanie dawać lekcji tym uczniom to będzie miał w domu wszystkie okna powybijane. Dalej w miesiącu marcu 1918 profesor Emil Niebrój nieznanemu uczniowi ukraińskiemu odebrał narodową odznakę ukraińską, a na to Dyrekcja Gimnazjum wydała polecenie, że nie wolno uczniom nosić żadnych odznak narodowych, tak polskich jak i ruskich itp. Na mocy tego polecenia w marcu 1918 odebrał profesor P ... odznakę narodową polską uczennicy Janinie Michno z czego miał nieprzyjemności ze strony innych profesorów i uczniów przez rozmaite gadania i narzekania. 
   Dwa znane mi są wypadki ekscesów przeciw Żydom z okazji obchodu żałobnego za duszę Mariana Czerkasa o czem donosiłem sprawozdaniem z 17/2 L.B.880, który polegał na tem, że spośród młodzieży gimnazjalnej wracającej z kościoła posypały się kamienie i wybito kilka szyb w mieszkaniu Żydówki.
Z pośród dezerterów utworzono milicję. Komendantem tej milicji ustanowiono Wawrzyńca Płazę, który niebawem zasłynął nie tylko w okolicy, ale w całym kraju, jako największy bandyta.
Pan Wodziński zwracał mi uwagę na osobę Płazy. Nie mieliśmy na razie innego wyjścia. Zatwierdziłem tę organizację. Odmowa zatwierdzenia byłaby pchnęła tych ludzi w objęcia bandytyzmu.

Systematyczne uczęszczanie na prywatne płatne lekcje u nauczycieli Gduli Stanisława, Klimka Władysława, Leśniakowskiego Władysława i Kunza Henryka w czasie okupacji niemieckiej (tajne nauczanie) od jesieni 1941, 1941/42 - 1 gimn., 1942/43 - 2 gimn., 1943/44 - 3 gimn. umożliwiło mi rozpoczęcie we wrześniu 1944 nauki w normalnej IV klasie gimnazjalnej. Dopiero po dwóch latach nauki w miniklasachw  roku szkolnym 1946/47 zostałem uczniem normalnej 36-osobowej przedmaturalnej II licealnej z opiekunem Władysławem Klimkiem. Tak liczna klasa powstała po dołączeniu do nas koleżanek i kolegów z klas przyśpieszonych, którzy w 1944 rozpoczęli edukację od 2 klasy gimnazjalnej. Od półrocza powstała przyśpieszona II klasa licealna B, z którą praktycznie nie nawiązaliśmy żadnych kontaktów. 
Pomimo, że wśród nas było dwóch byłych partyzantów Józef Grudziński i Mieczysław Ostrowski ze znanego Oddziału partyzanckiego NOW Franciszka Przysiężniak "Ojca Jana" oraz dwoje byłych członków AK w istniejącej lokalnej sytuacji politycznej byliśmy całkowicie wyciszeni nie należąc do żadnej organizacji. Wyjątek stanowiła Sodalicja Mariańska powstała na życzenie katechety ks. Jana Dudziaka. Nie znaczy to, że indywidualnie nie byliśmy zainteresowani  bieżącymi poza szkolnymi sprawami. 
W pierwszych dniach stycznia 1947 w dyskretnych dyskusjach przeżywaliśmy tragiczną śmierć Józefa Zadzierskiego "Wołyniaka".
   Nie będę wspominał o różnych klasowych psikusach, ale jeden wart jest przypomnienia.
Kilka tygodni przed egzaminem dojrzałości prof. Klimek poinformował klasowego kolegę Zenona Zawilskiego, że warunkiem dopuszczenia go do matury jest dodatkowe przepytanie ze znajomości przyswojonego materiału z języka łacińskiego. W wyznaczonym na przepytanie dniu prof. Klimek zastał ucznia Zenona Zawilskiego z obwiązaną szalem głową z powodu dokuczliwego bólu zębów. Współczując choremu zaproponował przepytanie przełożyć na inny termin. Zapewnienie chorego, że po zażyciu leków chwilowo czuje się na tyle dobrze, że może poddać się sprawdzianowi, nam jego klasowym kolegom pozwoliło na przeżycie niecodziennego zdarzenia. Szalem owinięta głowa dodatkowo paskiem od sukienki koleżanki Heli Kmieć Halewskiej ukrywał przy uchu Zenka słuchawkę, która przewodem pod marynarką, nogawką spodni i pod ławkami połączona była z mikrofonem w oddalonym kącie klasy, w którym siedzieli biegli w łacinie. Urządzenie, którego wykonawcą był Staszek Chłodnicki działało na tyle sprawnie, że z pewnymi kłopotami sprawdzian z łaciny wypadł pomyślnie.

Trzy tygodnie przed maturą dostarczyła nam dodatkowego stresu pozyskana informacja, że w Komisji Egzaminacyjnej uczestniczyć będzie czynnik społeczny o rzekomo decydującym głosie wydawanych ocen. W Komisji uczestniczył leżajski murarz, przedwojenny 'pepesiak' Jan Płaza. W czasie egzaminu okazało się, że z politycznym naciskiem na Komisję nie miał nic wspólnego. Często wychodził do zebranych przed budynkiem abiturientów pocieszając ich słowami - będzie dobrze, będzie dobrze. W końcu całkiem dobrze nie było. Egzaminu nie zdały trzy koleżanki nie za sprawą pana Jan, za sprawą Komisji. W sprawiedliwej ocenie tego faktu należy zdecydowanie stwierdzić, że jednej z koleżanek wyrządzono niczym nie uzasadnioną krzywdę. Byli od niej zdecydowanie słabsi i zostali absolwentami.


cdn

***

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Leżajskie korzenie Rodziny Urbańskich

znani i nieznani

Często w dzisiejszych czasach urywają się kontakty rodzinne szczególnie dalszych krewnych. Zazwyczaj, na co dzień otaczamy się starannie dobranymi przyjaciółmi, przelotnymi znajomymi, kolegami z pracy czy kumplami od kieliszka. Więzy krwi wydają się tracić bezpowrotnie jakiekolwiek znaczenie.

Rodzinne klany zwykliśmy traktować jako coś archaicznego. Nawet swoich najbliższych spotykamy często tylko przy okazji chrzcin, wesel, pogrzebów lub wcale się nie znamy. Od przypadku sentymentalnie wspominamy dzieciństwo lub rozgrzebujemy stare urazy. Ale czasem zdarza się jeszcze coś niezwykłego. Bracia spotykają się po latach a siostry odkrywają się na nowo. Mówimy wtedy o dziwnej alchemii łączących nas uczuć, o rosnącej potrzebie ciepła niespotykanego w technicznego postępu czasach. Na czym ma polegać wyjątkowość rodzinnej braterskiej i siostrzanej więzi? Jak wychować dzieci w normalnych rodzinach, aby w przyszłości mogły liczyć na siebie, obdarzać się serdecznością i aby nie spotykali się tylko na okazjonalnych rodzinnych uroczystościach lub salach sądowych. Można postawić pytanie czy jest to komukolwiek potrzebne? Może w przyszłości wystarczy z wyrafinowania dobrany krąg krewnych i znajomych.

Jakie są tego przyczyny? Może wojna i okupacja a póź­niej czasy niemiłe z posiadania „korzeni" z wrogiem klaso­wym, „kułakiem", „panem krwiopijcą" lub odrzucanych przez tych ze „świeczników władzy". Dzisiaj rodziny z obszarów biedy i ubóstwa, trudnych warunków bytowych znowu odrzu­cani są przez lepiej ustawionych, z fortunami finansowymi. Niektórzy chcą dać wszystko tylko za „pochodzenie", najlepiej z herbem, nazwisko na „ski" lub trochę lepiej brzmiące, aby zapomnieć o własnym, może pięknym choć popularnym i pro­stym, takim naprawdę polskim.

Z tej przyczyny biura heraldyczne mają się dobrze jak i jubilerzy robiący rodowe pierścienie. Uszlachetnieni na „siłę" jak ognia unikają rozmów czy wspomnień o swojej rodzinie i mają wiele trudności aby udowodnić bodaj jak nazywał się ich pradziadek. Jedna jest ponoć sprawiedliwość Boża, że za żadną cenę i modlitwę nie można kupić lub wymodlić pochodzenia.

Realizując swoje marzenie z młodych lat, bezspornie dużym nakładem pracy mogło powstać drzewo genealogiczne rodziny Urbańskich z Leżajska. Być może, że zebrany materiał skłoni członków rodziny do refleksji i przemyśleń, ale wszyst­ko wskazuje na to, że większość pozostanie dalej sobie nieznana.

Szkoda - a może dobrze? Myślę, że zainteresowani wybaczą mi moje osobiste trochę romantyczne przemyślenia.

Mam tylko prośbę do zainteresowanych do których do­trze niniejsza edycja aby zdobyli się na list i kilka słów, w zależności od osobistej oceny, ciepłych, cierpkich, złośliwych, w każdej formie byle szczerych. Będzie to dalsza, przez nich dopisana historia rodu.


pniaki
Szkoda, że tragicznie zmarła leżajszczanka Pani Alicja Gdula nie ukończyła swojej pracy magisterskiej o „Najstarszych leżajskich nazwiskach i przezwiskach" pisanej u Pana prof. Mieczysława Karasia na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Wielka to strata dla lokalnego środowiska interesującego się „małą historią". Z tej przyczyny, choć w skromnym tego tematu wymiarze będzie może ten opis jednej z wielu najstarszych rodzin.

Prawdopodobnie już czterysta lat drepczą Urbańscy po leżajskiej ziemi. To trzynaście pokoleń i tylko 123 lat istnienia Leżajska na obecnym miejscu bez ich udziału. Łatwo znaleźć dla nich miejsce w starym porzekadle i podziale mieszkańców na „pniaki, krzaki i ptaki".
Dziś nadal wielu nie rozróżnia znaczenia pojęcia miesz­czanin i mieszkaniec.
Nie mamy nazwiska po ewolucji np. od Urbana, Urbanika, Urbaniaka lub Urbasia względnie spolszczonego po Urbano. Oto przykłady ewolucji leżajskich nazwisk: Tryka -Tryczyński, Haszlo - Kaszto, Ordyka - Ordyczyńscy, Mełeszko - Mieleszko. Nigdy nie nazywaliśmy się Urbajski jak napi­sał w jednym parafialnym dokumencie „dobrodziej".

Urbańscy przybyli do Leżajska z woli starosty Łukasza Opalińskiego i zamieszkali w oficynach jego dworu. Szanowani za godną służbę pozostali w tym mieście. Potem trudnili się różnymi zawodami, byli krawcami, rzeźnikami, murarzami, potem leśnikami, nauczycielami, urzędnikami itp.

Z rodzinnych przyczyn jeden z nich wyjechał z Leżajska i zamieszkał w Bochni, później jego dzieci i wnuki w Bielsku Białej, Gliwicach itp. Gdzie mieszkają następne pokolenia to już tylko indywidualne ludzkie losy.

W pierwszych powojennych latach kiedy nieznane były losy i miejsce pobytu Juliana - więźnia Gestapo, na którego stale czekał jego ojciec Franciszek, w miejscowe restauracji „u Lola" zawsze przy okazji spotkania „małgorzatkę" czystej „Perły" proponował wypić za jego szczęśliwy powrót i powodzenie rodu Urbańskich. Rzeczywistość była tragiczna - Julian nie wrócił.

Pozostałe leżajskie dwie rodziny Urbańskich szczęśliwie przeżyły wojnę. Potomkowie przedłużyli istnienie rodu oby szczęśliwie kiedyś można było dopisać dalszą część historii jednej z kilku długowiecznych mieszczańskich rodzin.


szukanie rodzinnych korzeni

     Był w naszym domu rodzinnym, u mojego ojca Włady­sława niespotykany zwyczaj wigilijny. Po kolacji, czekając na Pasterkę, ojciec z łupin połówek 6 włoskich orzechów wypeł­nionych solą robił „kalendarz pogodynkę" który miał wróżyć opady i pogodę przyszłego roku. Równocześnie wszyscy obec­ni dorośli rozpoczynali wielogodzinne pogaduszki o „fami-liantach" tj. bliższych i dalszych członkach rodziny. Szczegól­nie rozprawiano o tych, którzy umykali uwadze i normalnym kontaktom z racji nieakceptowanych układów, związków mał­żeńskich, wyjazdów itp. Mało było „familiantów" po „mieczu" przeto długie dysputy i wspomnienia przenoszono często na wszystkich po „kądzieli", które były nie mniej ciekawe.

Nie znałem zupełnie dziadków, rodziców ojca, zmarli przed moim urodzeniem. Dziadków rodziców matki widziałem zaledwie kilka razy też z przyczyny wczesnego ich zgonu w 1938 r. i zamieszkiwania w Łańcucie. Zawsze zazdrościłem rówieśnikom, którzy chwalili się ciekawymi opowieściami swoich dziadków.

Może to z tego powodu już od młodych lat tych wojen­nych i powojennych miałem dziwną wewnętrzną potrzebę zbie­rania wszelkiej informacji i wiadomości o najbliższej rodzinie. Nie było to takie proste. Czasem o niektórych mówiono nie­chętnie jak gdyby członkowie rodziny mogli być z osobistego wyboru. Zawsze ciekawe były opowiadania moich różnych „familiantów". W końcu ostatecznie i dostatecznie mogłem to wszystko potwierdzić dokumentami parafialnymi. Co zaska­kujące i najciekawsze, że wszystkie znalazłem w parafii ob­rządku rzymsko-katolickiego.

Przypadek czy zamierzone od wieków działanie? Jesz­cze przed II wojną światową dość liczna i aktywna była leżajska parafia unicka. Dlatego często w wielu leżajskich rodzinach nie przypadkowe były chrzty dzieci w obu obrządkach. Z tej przyczyny nawet rodzeństwa były równocześnie wiernymi obu wyznań. Zależało to w zasadzie od chrzestnych, którzy nowo narodzone maluchy nieśli najczęściej i najchętniej do chrztu w swojej parafii. Nie bez znaczenia były też „ofiary" za usługi chrztu, ślubu czy pogrzebu dużo tańsze w unickim obrządku. W przypadku rodziny Urbańskich tego nie było.

Zupełnie przypadkowo w latach 1965-1970 z ciekawo­ści i zainteresowań, dla zapamiętania porobiłem sobie trochę różnych notatek w tym temacie.


W spadku po babce „Leońci" - Annie, matce ojca, z ru­pieci strychowych przypadło mi w spadku wydanie we Wied­niu w 1898 r. w opracowaniu ks. Wujka Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Było ono ostatnim prezentem jaki dostała moja babka od swego męża Stanisława tuż przed jego śmiercią. Umarł mając 38 lat pozostawiając na utrzymaniu pięcioro ma­łych dzieci.

W końcowej części tegoż Pisma Świętego zachowały się w części czyste strony „Kroniki familijnej" przeznaczone na modne w owych czasach zapiski rodzinne. Tamże, szesnastoletnia siostra mojego ojca Aniela /1889-1982/, prawdopodobnie w roku 1905 dokonała wpisu kilku imion i dat śmierci swoich najbliższych tj. ojca i rodzeństwa.

Kilka lat temu przypadkowo przeglądając owe rodzinne zapiski, wydawało mi się, że trzeba je uzupełnić danymi na­stępnych zmarłych członków rodziny. Przygotowałem już od­powiedni aktualny wykaz. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że ta­kowy dla pamięci pokoleń wpis niczego nie uczyni. Po latach, wpisane same imiona i daty śmierci nikomu nic nie uczynią, tym bardziej, że oprócz mnie nikt w rodzinie nie interesuje się tymi sprawami.

Pozbierane różne notatki z lat 1965-1970, stare rodzinne parafialne dokumenty, akty urodzenia, śmierci, zawarcia związku małżeńskiego i próba graficznego odtworzenia rodzin­nego drzewa genealogicznego zachęciły do odwiedzin Kancela­rii Parafialnej „Fara" w Leżajsku. Serdecznie dziękuję ks. Prof. dr hab. Władysławowi Głowie, proboszczowi parafii za udostępnienie interesujących mnie dokumentów. W umówionym dniu, rano, w oddzielnym pokoju na probostwie oddał mi do dyspozycji kilka grubych, z zapachem subtelnej starzyzny leżą­cych na stole ksiąg parafialnych. Był mocno zaskoczony, kiedy wieczorem ponownie przyszedł do kancelarii i zastał mnie jeszcze w tej nadzwyczaj pasjonującej lekturze. Porobione no­tatki prawie wystarczyły aby spełniło się moje marzenie. Wiel­ce pomocna mi była umiejętność „grzebania po księgach", którą posiadłem podczas odwiedzin mojego ojca kiedy był Urzędnikiem Stanu Cywilnego w Leżajsku i czasem pozwalał na poszukiwanie po księgach „swoich".

Co za ciekawe informacje, ile ludzkich tragedii, jeden wielki przekładaniec dat narodzin, przedwczesnych zgonów, przyjacielskich i towarzyskich kontaktów w postaci świadków i chrzestnych rodziców. Tragedie miasta i jego mieszkańców, choroby zakaźne, szkarlatyna, czerwonka i „galopujące sucho­ty:, masowe zgony w czasie porodu matek i dzieci itp. Tak wymierały całe pokolenia w latach 1800-1912. Dotknęło to w szczególny sposób naszą rodzinę.

W ostatnich latach lutego 2001 r. kontakt telefoniczny i korespondencja z Marią Urbańską Pajdak z Bochni ostatecznie wystarczyły, aby dopisać brakujące dane i nastąpił finał moich wieloletnich poczynań. Tak powstało drzewo genealogiczne rodziny Urbańskich z Leżajska. Obejmuje wszystkich potomków 9 pokoleń zrodzonych z małżeństwa Wojciecha Urbańskiego /1723-1791/ z Michaliną Szymkiewicz aż do najmłodszego współcześnie żyjącego najmłodszego pokolenia.

Około 160 nazwisk, imion i różnych dat wymagało chronologicznego uporządkowania. Rysowany stale powiększający się grafik uzmysławiał wielkość rodzinnych powiązań. Pokolenie lat 1836-1876 liczyło 25 członków, w latach 1822-1900 już 30 członków z których tylko ośmioro założyło rodziny pokoleniowe.

To Wojciech Urbański z żoną Michaliną Szymkiewicz dają początek w parafialnych zapisach. Ale historia rodu w Leżajsku sięga wcześniejszych czasów o czym dla ciekawości familiantów w dalszej części.

legenda i fakty
     Na podstawie zebranych materiałów mogłem przyjąć, że pierwszy Urbański pojawił się w Leżajsku w 1600 r. Za­mieszkał na dworze starościańskim Łukasza Opalińskiego sta­jąc się zaufanym i szanowanym jego sługą na wiele lat.

Łukasz Opaliński s. Andrzeja /1581-1654/ starosta leżajski powracając z Janem Zamojskim w roku 1600 z wyprawy wołowskiej zauroczony został końmi, które spotkał na stepach Besarabii. W efekcie postanowił wymarzone konie mieć w swoich stajniach przy dworze starościańskim. Opiekę nad tabu­nem wybranych ogierów, klaczy i młodzieży powierzył reko­mendowanemu przez swoich przyjaciół zubożałemu i w życio­wej potrzebie szlachcicowi Andrzejowi Urbańskiemu. W taki sposób Urbański, znawca koni i wspaniały jeździec z tabunem podziwianych przez wszystkich miejscowych końmi znalazł się w Leżajsku. Były to konie średniego wzrostu, wytrzymałe na trudy podróży, bardzo przyjazne człowiekowi. Ponoć miały odegrać zasadniczą rolę w przyszłym konflikcie Opalińskiego ze Stadnickim - Diabłem Łańcuckim.

Podobno Andrzej był żonaty, ale zerwał rodzinne kon­takty i pozostał w cichym i przykładnym związku z dworką Pani Anny z Pileckich Opalińskiej. Zamieszkał w oficynie dla służby w pierwszym drewnianym budynku dworu z I połowy XVI w. otoczonym ziemno-drewnianymi umocnieniami z wie­żą i bramą wjazdową. Dwór ten w 1657 r. zniszczyły wojska Jerzego Rakoczego. Późniejszy dwór po różnych przeróbkach i adaptacyjnych przetrwał do dnia dzisiejszego. Nie wiele w tym przesady, że pierwsze drewniane oficyny dworu starościańskiego była domem rodzinnym Urbańskich z Leżajska. Taki był ponoć początek rodu. Potwierdzeniem tego są poniższe frag­menty korespondencji, relacji i publikacji.


„Od ciotki Anielki i stryja Stanisława dowie­działem się, że Leżajsk był przesiąknięty ogrom­ną ilością różnych naszych familiantów, z którymi jednak nikt mnie nie skontaktował. Starałem się po ich śmierci dojść czegoś na własną rękę. Tro­chę wiadomości i danych znalazłem w księgach parafii, trochę z map i rejestrów katastralnych, w Archiwum Państwowym w Przemyślu oraz tamże w Archiwum Diecezjalnym. Dziś nie­zmiernie żałuję, że będąc tyle lat w tamtych stro­nach tak nie wiele czasu poświęciłem tym Ar­chiwom".

„ Na półkach stoi przynajmniej sześć grubych na trzy palce foliałów leżajskich. Stamtąd wiem też że nasi dziadowie mimo, że do stanu mieszczań­skiego wpisani byli, musieli odrobić pilnie tyle, a tyle dni pieszych i konnych na rzecz miejscowego plebana. Stamtąd się zorientowałem, że pod groźbą kijów jedyną surową i twardą władzą Pierwszej Rzeczypospolitej był Kościół Boży. Bi­skup przemyski nie szczędził owych kijów nie­sfornym parafianom. Takie wielkie bicie jest opi­sane w aktach diecezji przemyskiej. Dopiero Au­stria to jakoś rozpędziła." „Nie wiem czy ci to już napisałem, że Urbańscy to szlachta herbu Nieczuja i znaleźli się w Leżaj­sku na dworze Opalińskiego, a potem to już wsiąkli w miejscowe mieszczaństwo na wieki."

                        Fragmenty listów Stanisława Szczęka z Krakowa
Będąc studentem na IV roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie mia­łem kolegę Marcelego Urbańskiego. Był czło­wiekiem majętnym, zamkniętym w sobie, nie zdradzającym swoich kontaktów rodzinnych, noszącym na palcu pierścień rodowy. Pewnego ra­zu w rozmowie towarzyskiej dowiedział się że pochodzą z Leżajska. Wtedy powiedział mi, że w tym twoim Leżajsku i Haczowie mieszka moja daleka rodzina o tym samym nazwisku."
Relacja przekazana w roku 1934 Anieli Urbańskiej przez Ignacego Bolesława Szczęka z Katowic.

Historia Leżajska to jedna romantyczna legenda mieszająca się z prawdą historyczną. Niech Pan weźmie pod uwagę nazwiska leżajskie: Ordyczyńscy i Musztafy to potomkowie tatarów, Hasztowie Węgrzy, Urbańscy to Siedmiogrodzianie."
                    Fragment listu Wincentego Ordyczyńskiego z Krasnegostawu.

Prawem i lewem - Władysław Łoziński - Lwów 1904.



SAMI O SOBIE

Najstarszym członkiem mojej rodziny, którego zapa­miętałem z rozmów i dyskusji o „familiantach" był mój pra­dziadek Józef/1835-1891/ s. Ignacego. Mieszkał nad „siedlańskim stawem" i majstrował na budowach Wiednia przyjeżdża­jąc do domu tylko zimową porą. Zawód po nim odziedziczył jego jedyny syn Stanisław /1861-1898/. Po ożenku nie utrzy­mywał kontaktu z rodzinami swoich trzech przyrodnich sióstr Eleonorą /1870-1921/, Katarzyną /1872-1905/, i Emilią/1876-1910/. Wszystkie założyły pokoleniowe rodziny. Jako konce­sjonowany mistrz murarski prowadził budowy w ulubionej przez niego Krynicy. Umarł mając zaledwie 38 lat pozostawia­jąc pięcioro małych dzieci i żonę „Leońcię" - Annę /1864-1926/ jedną z pięciu córek Mateusza Serafina i Marianny Raźnikiewicz. Wdowa Anna z konieczności została „grzędziarką", - uprawiała warzywa, a jesienną porą sprzedawała dodatkowo z ogrodu gruszki „ulęgałki", przysmak miejscowego żydostwa. W ciągu 5 lat po śmierci męża pochowała 3 dzieci Zygmunta /1894-1905/, Marię /1896-1902/ i Kazimierę /1898-1902/. W tych trudnych warunkach potrafiła wykształcić w seminariach nauczycielskich dwoje pozostałych dzieci Anielę /1889-1982/ i mego ojca Władysława /1893-1975/. Ten po skończeniu Semi­narium nauczycielskiego w 1914 r. służył w jarosławskim au­striackim pułku „Landwehry" w stopniu porucznika. W czerw­cu 1916 r w czasie rosyjskiej ofensywy Brusiłowa dostał się do niewoli pod Kołkami nad Stochodem. Powrócił do kraju dopie­ro w 1921 r. Tym razem znalazł się w stopniu porucznika w Wojsku Polskim w 41 p. p. w Suwałkach gdzie służył do roku 1922. Po raporcie u samego „Dziadka" - Piłsudskiego w Koń­cu, został nauczycielem.

W 1927 r. ożenił się z Władysławą (1895-1981), jedną z czterech córek ośmiorga rodzeństwa Franciszka Ksawerego Lęcznara i Julii Mróz z Łańcuta. W roku 1928 urodziłem się ja Juliusz i w roku 1931 siostra Anna. Byliśmy typowo mieszczańsko-inteligencką rodziną. Rodzice byli nauczycielami, sta­wiali dom, wychowywali dzieci, Ojciec hodował gołębie, w czasie wakacji tradycyjnie jeździli do „wód". Mama prowadziła dom, pomagała jej służąca. Wieczorami przy lampach nafto­wych cerowała skarpety, czytywali gazety. Ojciec z przyja­ciółmi często grywał w preferansa przy którym zawsze popijali „takowy" tj. mocno słodzoną herbatę ze spirytusem. Do rodzi­ców przychodzili znajomi i sami chodzili na rewizyty.

Wojna w 1939 r. zmieniła wszystko. W październiku z wojny wrócił Ojciec. Wnet rodzice przestali uczyć, zwolnieni ze szkół przez okupanta. Z konieczności Ojciec został rolnikiem, trochę pracował jako kierownik w miejscowym młynie hr. Potockiego. W domu było bardzo różnie, czasami nawet bardzo biednie. Nie obca była sacharyna, karmel z cukrowych buraków, mielono zboże na chleb w żarnach, nosiłem drewnia­ki. Ja chodziłem do szkoły i lekcje tajnego nauczania /3 kl. gimn./. Szczęśliwie przeżyliśmy wojnę za wyjątkiem brata Matki który zginał w Oświęcimiu. Niemcy „skracali" front na wschodzie, wszyscy czekali na nowe.

W lipcu 1944 r. po lokalnych walkach miasto zajęli So­wieci. Obyło się bez większych zniszczeń i strat. Nadal było bardzo różnie i żyło się jak w czasie wojny domowej, w czasie miejscowych niepokojów aż do roku 1947.

W dzień rządzili „nasi" lub „oni", - w nocy „oni" lub „nasi" w zależności od tego jak kto postrzegał miejscową władzę. Morderstwa, rabunki, osobiste porachunki męczyły społeczeństwo i z radością większość przyjęła stabilizację władzy i spokój. W takich wa­runkach zdałem maturę.

W latach 1948 - 1989 pracowałem zawodowo aż do przejścia na rentę inwalidzką. W roku 1956 ożeniłem się z na­uczycielką Danutą /1929/ córką Władysława Janusza i Zofii Pieniążek z Przemyśla.

W roku 1957 urodziła się córka Kinga, a w 1960 syn Krzysztof. Kinga jest położną - wyszła za mąż za Ryszarda Busztę inży­niera budownictwa - pracownika „Budimexu", mają córkę Ga­brielę uczennicę liceum. Syn Krzysztof jest pracownikiem „Hortino". Ożenił się z Ireną Golenia, nauczycielką Szkoły Specjalnej. Mają dwoje dzieci: Igę studentkę WSP w Krakowie i syna Igora ucznia gimnazjalnego.

Jesteśmy szczęśliwą rodziną w stałym ciepłym kontak­cie z dziećmi, wnukami i krewnymi.
Ograniczają się nasze towarzyskie kontakty z racji „ubywania" członków rodziny i znajomych. Wspomnienia po­zwalają na pozytywną ocenę przeżytych lat. Miałem udane ży­cie choć mogło być lepiej ale niczego nie żałuję co mi się w życiu nie udało.
                                             Juliusz s. Władysława
****
Wiktor Urbański syn Jakuba i Julii z domu Karasińskiej urodził się 15 października 1891 r. Po ukończeniu IV kl. Gimnazjum w Bochni, ukończył Państwową Szkołę dla leśni­czych w Bolechowie. Następnie zdał Egzamin Rządowy dla leśniczych we Lwowie przy b. Namiestnictwie. Doskonale władał w mowie i piśmie językiem niemieckim i rosyjskim, znał też język czeski.

Przed I wojną światową w latach 1910 do 1915 r. pra­cował w administracji lasów państwowych w Słotwinie Mizuńskiej, Nieborowie, Jaworniku i Grobli.

Podczas I wojny światowej od 16.05.1915 do 31.10 1918 służył w armii austriackiej. Po wojnie wraca do pracy w Puszczy Niepołomickiej. Tutaj pracował również mąż jego siostry Marii, Stanisław Błoński . Wiktor był ich częstym go­ściem zarówno wtedy jak i w czasach które ja pamiętam chęt­nie jechał do Stanisławie /w Puszczy Niepołomickiej/ odwie­dzał Marię Błońską i jej dzieci które często odwiedzały matkę.

Maria była jedyną siostrą z którą Wiktor utrzymywał kontakty a nikt z obecnie żyjących nie pamięta dlaczego Wiktor nigdy nie wspominał ani nie kontaktował się z pozostałym ro­dzeństwem tj. Franciszkiem czy Stanisławem.

16.02. 1924 r. Wiktor ożenił się z 13-ście lat młodszą Heleną, córką Andrzeja Pudelskiego.

Helena pochodziła z rodziny Kronenbergów, kolonistów niemieckich, którzy przybyli do Bochni na przełomie XVIII i XIX w i zasiedlili dzielnicę Bochni zwaną Wójtostwem. W tą rodzinę wżenił się Andrzej Pudelski , który gospodarował na Wójtostwie około 50 lat. W latach 20-stych wybudował wszystkim córkom domy, chcąc zapewnić udział swojej rodzi­ny w rozwoju miasta.

Helena otrzymała domek przy ul. Murowianka, który był ich przystanią w różnych kolejach losu, jakimi byli podda­wani w życiu.

W latach kryzysu /1924-1933! w ramach delegowania do prac na kresach wschodnich -jako zaufana kadra urzędnicza, przygotowana do trudnych warunków kresowych - Wiktor wraz z żoną został przeniesiony do Grabówki w powiecie Kałuż. Tam w dn. 1.01.1925 r. przychodzi na świat ich pierwszy syn Zygmunt.

Wiktor nadal pracuje w leśnictwie, Helena prowadzi dom. Ich wędrówka jednak się nie kończy. W ramach zadań służbowych zostają przenoszeni do różnych placówek w Kar­patach Wschodnich m.in. do Horodu k/Kosowa i Stebnika k/Dobrohostowa.


Były to piękne uzdrowiskowe miejscowości, niemniej ciągłe przeprowadzki wymagały dużo trudu i samozaparcia aby to wytrzymać.

Helena często wspominała te czasy jak to remontowała kolejne placówki, aby można w nich godnie żyć, a już dosta­wali kolejny nakaz przeprowadzki. Tam też prowadzili bogate życie towarzyskie, urządzali wystawna przyjęcia i w elitarnym towarzystwie często grywali w karty. Ich ulubioną grą był pre-ferans .

Tam też w Kosowie 15.04.1928 r. rodzi się ich drugi syn Roman. W roku 1934 powracają do Bochni i zamieszkują w domu przy ul. Murowianka .

Tutaj synowie uczęszczają do Męskiej Szkoły Podsta­wowej im. K. Brodzińskiego.

Następnie Zygmunt kończy Gimnazjum i Liceum Ogól­nokształcące i wyjeżdża do Gliwic. Tam rozpoczyna pracę i podejmuje studia na Politechnice Śląskiej im. W. Pstrowskiego w Gliwicach. Po studiach podejmuje pracę w Biurze Pro­jektów Przemysłu Hutniczego „BIPROHUT" w Gliwicach gdzie przepracował na różnych stanowiskach 30 lat. W roku 1951 Zygmunt ożenił się z Jadwigą. Miał dwóch synów Krzysztofa i Aleksandra.

Po przejściu na emeryturę dalej jest czynny zawodowo podejmuje dorywcze prace w różnych zakładach śląskich.

Cały czas mieszkają w Gliwicach, powodziło się im do­brze, dużo podróżowali i zwiedzali świat.

Obecnie kupili mieszkanie w Bielsku Białej aby być bliżej syna. Poza tym powietrze i widoki pozwalają im inaczej odpoczywać niż na zadymionym Śląsku.

Drugi syn Roman również kończy Męską Szkołę Pod­stawową im. K. Brodzińskiego w Bochnia następnie podtrzymu­jąc, tradycje rodzinne kończy Technikum Leśne w Brynku k/Tarnowskich Gór. Po ukończeniu Technikum rozpoczyna praktykę w Limanowej, a następnie dostaje pierwszą pracę w Bolesławiu na Dolnym Śląsku.

Tam się nie zaaklimatyzował i stara się o przeniesienie w wymarzone Bieszczady. Jego starania kończą się sukcesem i w 1953r. otrzymuje pracę w Czarnej k/Ustrzyk Dolnych. Tam w pionierskich warunkach buduje „własną Leśniczówkę".

W roku 1955 żeni się z Genowefą która pracuje w Czarnej jako nauczycielka. Z tego związku mają troje dzieci: Marię, Krystynę i Bogdana. W Bieszczadach mieszkają do 1963 r. Tam ciężko pracowali i zmagali się z trudami „dzikich Bieszczad".

W 1963 r. przeprowadza się do Puszczy Niepołomickiej, najpierw do Sitowca gdzie mieszka 4 lata, a później do Stanisławie. Ostatnie 10 lat przed emeryturą pracował jako Kie­rownik Transportu w Nadleśnictwie Niepołomice.

Najstarszym wnukiem Wiktora był Krzysztof, syn Zygmunta. Urodził się 20 maja 1952 r w Gliwicach. Ukończył Liceum Ogólnokształcące. W roku 1974 bierze ślub z Hanną Ostrowską. Krzysztof miał dwoje dzieci: córkę Dagmarę urodź. 23 listopada 1974 r. i Rafała urodź. 23 września 1976 r. Krzysztof prowadził warsztat mechaniczny Naprawa Samocho­dów, brał udział w rajdach samochodowych .Zginął w wypadku samochodowym w 1979 r. mając 27 lat. Dagmara pracuje w Gliwicach i często wyjeżdża do Niemiec. Rafał prowadzi warsztat Samochodowy w Gliwicach.

Drugi syn Zygmunta Aleksander urodził się 21 lipca 1954 r. również w Gliwicach. Po ukończeniu Szkoły Podsta­wowej i Liceum Ogólnokształcącego chciał zostać prawnikiem. Rozpoczyna naukę na UJ w Krakowie, następnie uczy się we Wrocławiu.

Ostatecznie nie kończy studiów. Rozpoczyna prywatną działalność. W roku 1976 bierze ślub z Anną Sobczyk . Zało­żyli rodzinę, mają dwoje dzieci, Tomka urodz.12 lipca 1977 i Małgosię urodź. 10 września 1984 r. Początkowo mieszkali i pracowali w Gliwicach. Obecnie kupili dom z ogromnym ogrodem i sadem w Pisarzowicach k/Bielska-Białej. Aleksan­der obecnie pracuje jako Dyrektor Oddziału Mc Donalds.

Jego syn Tomasz pracuje i studiuje Marketing w Biel­sku. Córka Małgosia uczęszcza do Liceum. Cała rodzina dużo podróżuje po świecie. Uprawiają narciarstwo-zimą, a latem uwielbiają nurkowanie. Są bardzo gościnni, planują zorganizo­wać spotkanie rodzinne u siebie na „ranczo".

Najstarszą wnuczką Wiktora jestem ja Maria, córka Romana. Urodziłam się w Bieszczadach w Ustrzykach Dolnych 10 lutego 1965 r. Do Szkoły Podstawowej i Liceum uczęsz­czałam w Bochni. Następnie ukończyłam Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie Wydz. Organizacji i Zarządzania Prze­mysłem. Po studiach w 1980 r. rozpoczęłam pracę w Bocheń­skiej Spółdzielni Inwalidów. W roku 1982 wyszłam za mąż za Andrzeja Pajdaka. Pierwszy nasz syn Jakub urodził się 28 lipca 1983 r. Drugie dziecko córka Anna przyszła na świat 18 lipca 1986 r. W latach 80-tych budowaliśmy dom na działce otrzy­manej od rodziców obok domu rodzinnego. Ja nadal pracuję w Spółdzielni obecnie na stanowisku z-cy Prezesa Zarządu Kie­rownika ds. Handlu. Syn Jakub obecnie uczęszcza do Liceum Techniczno-Informatycznego w Bochni. Córka Anna chodzi do trzeciej klasy Gimnazjum, interesuje się Historią. Cała nasza rodzina jeździ na nartach, a latem uprawiamy sporty wodne. Drugą wnuczką Wiktora jest Krystyna urodzona 21 kwietnia 1958 r. Po Liceum Ogólnokształcącym ukończyła Podyplomowe Studium pielęgniarskie i pracuje jako pielę­gniarka w ZOZ w Bochni. Ma troje dzieci. Pawła urodź. 11 lip­ca 1982r., Ewę urodź. 24 grudnia 1984 r. i Michała urodz. 2 lutego 1993 r. Oni również wybudowali dom obok nas a więc wszyscy mieszkamy na jednym podwórku.

Ostatnim i najmłodszym wnukiem Wiktora jest Bogdan, urodź. 20 stycznia 1961 r. On poszedł w ślady Dziadka i Ojca i ukończył Technikum Leśne w Starym Sączu. W leśnictwie pracował kilka lat a w 1987 roku wyjechał do USA. W roku 1991 ożenił się, ma dwóch synów Reya i Mathew. Niestety ich związek nie był szczęśliwy i małżeństwo się rozpadło.
Obecnie Bogdan wrócił do Polski i mieszka wraz z ro­dzicami w Bochni.
                                                                     Maria c. Romana

****
Bardzo się ucieszyłem, gdy podczas przypadkowego spotkania z Juliuszem Ulasem Urbańskim dowiedziałem się, że jest w trakcie pracy nad genealogią rodu Urbańskich z Leżajska i zależy mu na wszelkich a będących w moim posiadaniu in­formacjach o męskiej linii moich przodków. Skąd i dlaczego moja radość? W tym miejscu muszę wrócić pamięcią do wyda­rzeń, które miały miejsce kilkadziesiąt lat temu. 

Jako 10 letni chłopiec wychowany przez Matkę, /Ojciec zginął jako więzień polityczny w niemieckim obozie za dzia­łalność w AK/ a mieszkaliśmy w sąsiedztwie szkoły zapytałem Ją? - Czy nauczyciele Urbańscy to nasza rodzina? Otrzymałem odpowiedź negatywną z dodatkowymi wyjaśnieniami, że Urbańscy przyjechali do Leżajska chyba po wojnie, a np. Gdule, których też jest wielu w mieście nie wszyscy są związani wę­złami pokrewieństwa. Moje dzisiejsze refleksje po pracy Pana Juliusza to, że może wśród Gdulów lub innych leżajskich ro­dzin znajduje się ktoś dociekliwy i udowodni ich wzajemne więzy.

Ówczesne wyjaśnienie mojej Matki spowodowało, ze na pytanie: czy Juliusz i jego Rodzice to moja rodzina odpo­wiadałem „nie" przez wiele wiele lat. Wraz z wiekiem i naby­waniem wiedzy i doświadczenia życiowego rodziła się we mnie wątpliwość czy to tylko przypadek, że Juliusz wraz z Rodzica­mi w czasie wojny wrócił do Leżajska do „korzeni" które są i trzeba je ewentualnie odkryć.

Z dzieciństwa zapamiętałem, że mój Wuj Karasiński, brat Matki rodem od pokoleń z Leżajska, też po wojnie wrócił „ze wschodu" i kilka lat przebywał na „starych śmieciach" nim z rodziną nie wyjechał na „Ziemie Odzyskane". W ciągu lat wielu szczególnie tych dorosłych moja wiedza o Rodzinie Urbańskich trochę się powiększyła. Dowiedziałem się, że brat mego Dziadka Franciszka - Wiktor wraz z Rodziną mieszka w Bochni a powodem zerwania więzi rodzinnych były sprawy majątkowe, na których załatwienie winę ponosił mój Dziadek.
Były żołnierz austriacki, doskonały majster budowlany, człowiek interesu, dwukrotny burmistrz leżajski, ostatnio re­staurator - człowiek „dusza" i w sumie dobry dla mnie Dzia­dek. Doskonały kontakt z Dziadkiem Franciszkiem i ze wspa­niałą Babcią Bronisławą /z domu Gołębiowską - córką burmi­strza z Rudnika/ miałem szczególnie w latach 1946 – 1948, kie­dy to wychowywałem się w ich domu, gdyż Mama pracowała wówczas w Głównym Urzędzie Morskim w Gdańsku i tamtej­szym Oddziale PCK poszukując wtedy niestety nieskutecznie swojego męża a mojego ojca Juliana.

Od rodziny dziadków w tamtejszych czasach nauczyłem się wielu pozytywnych i tradycyjnych leżajskich obyczajów. Były też negatywy, ale to w sumie wielopokoleniowa rodzina na dobre i na złe. Życie w takiej rodzime nauczyło mnie wyro­zumiałości, tolerancji, dawało konkretną wiedzą o życiu pomi­mo niesnasek, czasem kłótni czy sporów. W święta trzeba było tworzyć atmosferę „rodzinną", aby dać można było wszystkim szansę naprawy dotychczasowych błędów.

Z kontaktów z Ojcem jako 18 miesięczne dziecko ni­czego nie pamiętam. Z opinii o Ojcu mogę tylko przytoczyć: -moja Matka - dobry przemiły człowiek, kochający mąż i oj­ciec, Babcia, - najlepsze dziecko w rodzinie /jednak i dwie sio­stry/ Dziadek - mój drogi syn, ciotki siostry ojca - wspaniały brat, leżajszczanie - prawdziwy człowiek, patriota, idealista.

Jestem żonaty z Bolesława Felkel, mamy czworo dzieci: Bartłomieja /1971/, Macieja /1972/, Paulinę /1975/, Michalinę /1980/ synową Monikę, zięcia Tima i wnuka Łukasza.

Rozpisałem się ale proszę o wyrozumiałość. Piszę jed­nak w imieniu Franciszka Urbańskiego, trzech pokoleń, wszystko mocno uogólniani, skracani, ale wiem, że mój syn napisałby to krócej, a mój wnuk jak nauczy się pisać jeszcze krócej! Dlaczego?

Niestety tradycja rodzina i życie rodzinne ginie w za­straszającym tempie z pokolenia na pokolenie. Powody? - Różne! Ciągle przyśpieszające tempo życia, brak czasu i chęci na podtrzymywanie tradycji, niewiedza o „korzeniach" własnej rodziny konflikty i spory a przede wszystkim pogoń za „gro­szem". Czy jeszcze możemy coś zrobić aby nasze dzieci prze­chodząc koło siebie poznawały się? - tak zapytał brat cioteczny mojej żony na pogrzebie Stefanii Felkel.

Może trud Pana Juliusza zaowocuje kiedyś spotkaniem Urbańskich rodem z Leżajska. Ktoś musi i powinien to zacząć! Urbańskich zawsze cechował optymizm, potrafili planować i plany realizować.
                                                             Krzysztof s. Juliana